Uwaga

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świetlik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świetlik. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 listopada 2015

Rozdział 7

            Wschód słońca rozpoczął dzień. Różowa poświata ogarniała całą przestrzeń pokrytego cieniutkim materiałem chmur nieba. Tu i tam po niebie wirowały ptaki świergoczące jak najgłośniej który potrafił. W końcu zaczęła się wiosna, świat musiał odżyć.
            Równina pokryła się szczerą zielenią. Poprzetykana barwnymi kwiatami czy pojedynczymi kłosami dzikich zbóż, wyglądała niemal jak kunsztowny haft. Kropelki rosy z bliska wyglądały jak różowe kryształy osiadłe w postaci maleńkich kulek na każdym listku, każdym płatku, każdej pajęczynie drżącej w delikatnych powiewach.
            Otulona wieloma warstwami skór kobieta mieszała dwoma palcami barwną masę w glinianej misce. Niebieski kolor miał już niemalże idealny odcień, prawie taki jak błękitne oczy bogów. Obok stała gotowa już farba o pełnej życia czerwonej barwie. Dłonie kobiety brudne były niemal po nadgarstki, lecz nie przejmowała się tym.
            Lekko zgarbiona wciąż i wciąż mieszała barwnik wyuczonymi ruchami. Zdawać by się mogło, że jest jakimś posągiem, statuą pracującego skwapliwie człowieka. Wiejący jednak co jakiś czas wiatr równin muskał przywiązane rzemieniami do jej szarych włosów pióra. Sztywne lotki w różowej poświacie zdawały się mieć jeszcze więcej kolorów niż w rzeczywistości.
            Cichutko nucona melodia niemalże nikła przy szumie wiatru czy trelu ptaków. Nagły zryw powietrza poruszył także bransolety i ozdoby z kości, które na kształt grzechotek wybrzmiały rytmicznym stukotem.
            Kobieta otarła resztki farby o brzeg naczynia, gdy błękit miał odcień dokładnie taki, jak ten formujący się właśnie na coraz mniej rumianym niebie. Nie przerywała jednak spokojnej, monotonnej melodii, która z jej gardła dobywała się w głęboki, zachrypnięty sposób. Ciężko jednak było stwierdzić, czy ów chrobot w głosie brał się z jej wieku – pokryta osobliwymi malunkami twarz była niezwykle dojrzała, acz jednocześnie miała w sobie dziwaczną świeżość. Być może za tym złudzeniem stały oczy, jasne niczym u kota.
            Głęboki pomruk kończył melodię kobiety. Toczył się i toczył w przestrzeń, gdy ta postawiła oba naczynia tuż obok siebie. A gdy zamilkł niemalże drżącą nutą, zdawało się, jakby nawet świat zamilkł w zadumie.
            Wyprostowała się powoli, patrząc na dwie miseczki barwnika i leżące nad nimi mały naszyjnik oraz dwie bransolety. Wszystko wykonane było z białej jak chmury kości jelenia, którą kobieta polerowała piaskiem już wiele świtów temu. Pokryte zostały również delikatnymi wzorami – liniami i kołami, które symbolizowały wypatrujące zła oczy. Czarny rzemień ze skóry byka miał pochłaniać zauważone zło. Ich właściciel będzie dobrze przezeń chroniony, wielcy przodkowie na pewno o to zadbają.
            Znów uniosła się monotonna pieśń, mruczana pod nosem niczym kołysanka. Kobieta wzięła w dłoń ostrożnie biały naszyjnik. Zanurzyła mały palec w błękitnej farbie, po czym uważnymi ruchami we wnętrzach okręgów zostawiała niebieskie plamy. Potem to samo zrobiła z małymi bransoletkami, lecz tym razem nurzając palec w czerwonej farbie. Wiatr swobodnie poruszał jej piórami we włosach, jakby śpiewając razem z nią spokojnie modlitwy.
            Słońce nagle pokazało swoją twarz na horyzoncie. Najpierw nieśmiało, ledwie zerkając na świat. Prędko jednak odważyło się na więcej i już po chwili wilgotna od rosy równina rozświetliła się blaskiem kryształów. Błyszczało wszystko. Błyszczały kołyszące się trawy. Błyszczały rozwieszone pośród nich pajęczyny. Błyszczały zmarznięte jeszcze owady, wyczekujące ciepłych dłoni złotych promieni. Ptaki zaśpiewały jeszcze radośniej, gdy lico słońca w połowie się odsłoniło. Jego uśmiech był oślepiający, lecz tak piękny, że nawet nucąca pod nosem kobieta nie potrafiła oderwać odeń wzroku.
            Zakochane w cieple pszczoły zaczęły nieśmiało pojawiać się pośród roślin. Ich bzyczenie ledwo przebijało się przez inne głosy natury, będąc jednak wspaniałym tłem dla śpiewu życia. Zadowolone z ich towarzystwa drobne kwiaty rozległej równiny nachylały swe niewielkie kielichy lub wystawiały kusząco barwne twarze ku górze, by ich słodki zapach był właśnie tym najintensywniejszym, najbardziej atrakcyjnym dla owadów.
            Taniec istnienia stawał się coraz bardziej dynamiczny. Na tle sklepienia pojawił się nagle niewielki kobuz wypatrujący swej maleńkiej zdobyczy. Jego doskonały wzrok dostrzeże przecież szybko przemykającą ofiarę pomiędzy pojedynczymi źdźbłami i w zaledwie moment będzie doń pikował. Niech się tylko najpierw odważy pokazać, a niewielki ptak natychmiast się na nią rzuci.
            Szelest skóry. Czyjeś ziewnięcie. Kobieta nie musiała się odwracać, by wiedzieć, że z tipi wyszedł jeden z jej braci, ojciec chłopca, którego maleńki syn dostanie dzisiaj imię.
            Podszedł do kobiety i pozdrowił ją życzliwie, a ona odpowiedziała mu uśmiechem.
            - Jak się ma twój syn, Kangee? – spytała kobieta.
            - Weayaya z nim śpi.
            Zapadła cisza. Świat szumiał życiem. Szamanka przymknęła oczy, rozkoszując się rześkim powiewem wiatru. Na jej usta znów cisnęła się pieśń, którą zaczęła śpiewać z zadowoleniem.
            - Dowanhowee, czy Akecheta i Wahkoowah zdążą wrócić z polowania? – zapytał mężczyzna o swoich braci.
            - Wielki Duch patrzy na nas, dał nam piękny dzień. Uwierz w jego intencje, a na pewno ujrzysz tylko dobro – odparła łagodnie.
            - Tak. Masz rację.
            Mężczyzna odszedł po chwili, a kobieta wciąż patrzyła się w dal, wznowiwszy pieśń będącą modlitwą do przodków. Oby czuwali od dzisiaj nad małym chłopcem, który jeszcze dziś dostanie imię Tatonga.

            - Nigdy bym nie pomyślał, że w listopadzie może być tak ciepło – rzekł niemalże błogim głosem Adam, wyciągając z zadowolonym pomrukiem ciało na trawie. Siedzący obok Liam nie reagował tak entuzjastycznie jak on.
            - Nic dziwnego, skoro jesteśmy gdzieś na południu. Tutaj na święta pewnie nawet nie ma śniegu – mruknął.
            - Mógłbym w takim cieple żyć cały rok, niepotrzebny mi śnieg.
            - Skoro tak wolisz…
            Czarnowłosy miał w zwyczaju wycofywać się w ten sposób z rozmów, była to jedna z pierwszych rzeczy, jakie Adam w nim zauważył. Mógł słuchać nieraz nieświadomych wywodów brązowookiego bez słowa przez długie minuty, a sam tak niewiele o sobie mówił. Choć czy to przeszkadzało Worsleyowi? Niespecjalnie. Nigdy nie zapędził się w swoich niemalże monologach do spraw zbyt prywatnych, więc nie czuł się zbyt odsłonięty przed Indianinem.
            Właściwie aż dziwne, że przez te dwa niemal miesiące zdołali przejść razem naprawdę długą drogę, rozmawiając jedynie na niezobowiązujące tematy. Owszem, nie były to aż tak lekkie rzeczy, by niczego się o siebie nie dowiedzieć, ale za obopólną cichą zgodą unikali jakichkolwiek rozmów o swojej przeszłości.
            Lekki wiatr poruszył liśćmi drzew w parku. Nie były to rośliny bliskie Adamowi, nie zmieniały barw ani nie ogałacały się one nigdy przed zimą. Mimo to nie czuł się w żadnym stopniu dziwnie. Ciepło słońca i wilgotne od bliskości oceanu powietrze sprawiały jedynie, że było mu przyjemniej na myśl o nienadchodzącym śniegu.
            Nie wiedział, gdzie dokładnie byli. Sam niezbyt dużo podróżował, w końcu należał do tych ludzi, którzy woleli zaszywać się w swoim cichym kącie, gdy tylko nadarzała się okazja. Zapach oceanu był jednak zbyt wyraźny, by go przeoczyć, a ciepło powietrza niemalże graniczyło z upałem. Może znaleźli się w pobliżu Miami, a może zupełnie po drugiej stronie Stanów Zjednoczonych?
            Uśmiechnął się pod nosem. Zabawne, że gdy wędrował sam, kompletnie nie interesowało go otoczenie, a teraz z drugą osobą przy boku mógł znowu pozwolić sobie na tak swobodne myśli. Nic się nie zmieniło przecież w ich sytuacji.
            „Ich”. W końcu nie był sam.
            Zerknął spod przymkniętych powiek na Indianina. Długie włosy niedbale spiął z tyłu głowy, dlatego lśniące czarne kosmyki leniwie ruszały się wraz z rytmem wiatru. Choć jego słowa nie brzmiały jak należące do ukontentowanego człowieka, teraz sam ze swoimi zamkniętymi oczyma i rzęsami rzucającymi długie cienie na policzki wyglądał na przynajmniej zadowolonego.
            Minęło już pół roku. Ta myśl przemknęła przez głowę brązowookiego, który spojrzał w niebo ni to z wyrzutem, ni obojętnością. W sumie nie wiedział już, jak czuć się z obecną sytuacją. Czasami zdawało mu się, że to tylko koszmar, z którego obudzi się w swoim łóżku obok Kate, a czasami, że ta pozostawiona daleko stąd rzeczywistość była jedynie odległym snem. Zdawałoby się to pewnie chore, gdyby nie fakt, że ani trochę nie męczyło to Adama. W jakiś sposób Worsley po prostu się przyzwyczaił. Bo co innego mu pozostawało?
            Westchnął, gdy kolejny podmuch wiatru orzeźwił powietrze. Za westchnięciem podążyło ziewnięcie. W sumie czemu miałby się tu nie zdrzemnąć? Najwyżej Liam go obudzi, o ile sam nie da się ponieść spokojowi w tym parku.
            Rozśmieszyła go wizja bycia pozostawionym przez towarzysza. Dziwne, przecież powinna raczej przerażać. Może to sposób, w jaki traktował go chłopak sprawiał, że brunet był tak pewien jego „lojalności”. O ile czarnooki wciąż zachowywał się, jakby każdy dzień był pomyłką, ironicznym żartem życia, które powinno z nimi skończyć, to nadal czasami miał w spojrzeniu tę dziwną tęsknotę za czymś odległym. Adam podejrzewał, iż właśnie ta tęsknota sprawiała, że chłopak wciąż nie potrafił zostawić trudnego, tułaczego życia.
            Nie chciał wiedzieć, dlaczego Liam tak wyglądał. Nie chciał znać jego powodów zgorzknienia. Jedyne, co zrozumiał, to to, że jego rodzina wiedziała o klątwie. Jeżeli wiedziała, to oznacza, że czarnowłosy był od zawsze przygotowywany do takiej sytuacji. Brązowooki nawet nie chciał sobie wyobrażać, jak czuło się dziecko, młody chłopak z taką świadomością.
            Mocniejszy wiatr uderzył go prosto w oczy. Adam przymknął powieki, spoglądając na ruszające się gałęzie i pojedyncze listki, które jako jedyne wyschły na drzewach. Może były chore albo uszkodzone, kto wie.
            Nagle chłopak dostrzegł jakiegoś niewielkiego ptaka przelatującego z drzewa na drzewo. Może był to wróbel, może sikorka. Z tej odległości nie potrafił rozpoznać. A ptaszek na pewno nie podleciałby bliżej.
            Ciekawiło go czasem, dlaczego zwierzęta tak na nich reagują. Pytał o to nawet Liama, lecz ten jedynie snuł przypuszczenia tak jak i on. Najprawdopodobniejsze było to, że krążyła wokół ich dwójki aura, którą zwierzęta wyczuwały jako zagrożenie. Ale dlaczego akurat oni mieli być potencjalnymi atakującymi? Przecież gdyby Adam wiedział, że jedynie zwierzęta go widzą, otaczałby się jak największą ich ilością, byleby nie czuć się tak samotnym. Z drugiej jednak strony na to patrząc, taki mógł być cel osoby, która rzuciła na nich klątwę.
            Straszne, pomyślał, uśmiechając się ponuro pod nosem.
            - Co cię tak bawi? – zapytał z nagła czarnooki. Brunet skrzyżował z nim wzrok.
            - W sumie to nic. Po prostu myśli – odparł.
            - Lepiej uważaj, bo jak się będziesz tak śmiał z niczego, pomyślę w końcu, że zwariowałeś.
            No tak, kolejna typowa rzecz, jaką Adam zauważył. Indianin całkiem często go obserwował, ale nie tak, jak obserwować mógłby jeden człowiek drugiego. Chłopak podejrzewał, że Liam upewniał się co do tego, że wciąż jest zdrowy psychicznie. Zresztą podkreślał to podobnymi słowami jak te sprzed chwili. Nie byłoby dziwnym oszaleć w ich sytuacji, jednak ostrożność, z jaką patrzył na niego czasami towarzysz, bywała niemal nieprzyjemna.
            - Ta klątwa… To jest takie dziwne. Jeszcze rok temu czy nawet pół roku nie wierzyłem w żadne nadnaturalne zjawiska. Nawet w Boga nie wierzę. To takie dziwne, że kiedyś był sobie ktoś, kto rzucił na nasze rodziny czar. I to nie jakiś tam zwykły, tylko klątwę, która ciągnie się za nami nawet teraz, gdy ktokolwiek, kto by jeszcze pamiętał powód, od dawna nie żyje.
            - Mało rzeczy wiedziałeś pół roku temu. Jak w ogóle można być tak ślepym, żeby nie widzieć wszystkiego, jak to określiłeś, „nadnaturalnego” wokół nas. Wy, biali ludzie, zawsze ignorujecie takie sprawy – odmruknął czarnowłosy.
            - Nie ignorowałem niczego. Ale powiedz mi, co taki zwykły i przeciętny człowiek może ujrzeć z magii na tym świecie, gdzie jest pełno wojen, bólu i nędzy spowodowanych przez tego samego człowieka?
            - Nie wiem. Nikt mi nigdy nie mówił, co widzi normalny człowiek, bo ja widziałem tylko duchy kryjące się w lesie przed dzieckiem, które miało na plecach cień klątwy.
            Adam zacisnął wargi. Nie chciał drążyć tematu tak bardzo, by wkroczyć na bardziej grząski grunt. Głos Liama był wystarczająco zmęczony.
            - Chodźmy coś zjeść. Ugotowałbym sobie jakąś zupę – rzucił brązowooki po chwili, podnosząc się z trawy.
            - Znowu chcesz brudzić ludziom kuchnię?
            - Przecież sprzątam po sobie, nie marudź. Poza tym lubię gotować, więc czy jest w tym jakiś problem?
            - Skoro tak wolisz… – odmruknął Liam, po czym również wstał i podążył za kroczącym już chłopakiem.

            Kilka godzin później siedzieli już w pokoju gościnnym jakiejś kobiety, która weszła do domu, żeby zmienić sukienkę i poprawić makijaż, po czym wyszła, nie zdając sobie sprawy, że wraz z nią przyszli dwaj mężczyźni – oni jednak zostali.
            Adam w lodówce znalazł całkiem sporo produktów, z których nie bał się skorzystać. Tak jak miał na to ochotę, ugotował zupę z pomidorów. Wyszła wyjątkowo smaczna i nawet Liam zazwyczaj bez jakiegokolwiek komentarza pochłaniający jedzenie powiedział, że był całkiem zaskoczony. Całkiem miła odmiana jak dla brązowookiego.
            Wieczór nastał chwilę wcześniej. Ciemność za oknem podświetlona była blaskiem latarni i lamp, co dawało wrażenie, że niebo nie jest do końca czarne. Rzadkie chmury zasłaniały na dodatek gwiazdy w brudny sposób, przekazując światu wiadomość, że kolejny dzień nie będzie tak słoneczny i piękny jak ten, który już minął.
            Dwudziestolatek przeczesał włosy palcami. Były dość długie, choć raz ściął je od niechcenia znalezionymi w jednym z domów nożyczkami. Nie zastanawiał się nad tym zbyt wiele, ale teraz podejrzewał, że załatwianie sprawy jednym cięciem nie zawsze będzie wystarczające.
            Przydałaby mi się jakaś maszynka, myślał, wpatrując się w pospolicie biały sufit. Ręce trzymał za głową, leniwie ułożone na poduszce. Szum płynącej rurami wody nagle ucichł, lecz Adam jakoś się tym nie zainteresował. Wiedział doskonale, że parę minut później zza otwartych wreszcie drzwi łazienki wyjdzie Liam.
            Świeżo po prysznicu jego rozgrzana skóra była o ton ciemniejsza, a mokre czarne włosy zdawały się mieć jeszcze głębszy kolor, o wiele ciemniejszy niż dość oszukańczy mrok miejskiej nocy. Adam rzucił okiem w stronę towarzysza, po czym uśmiechnął się pod nosem. Indianin miał na sobie jedynie bieliznę do spania. Cóż za ekshibicjonizm.
            Ciekawy wzór na ramieniu Liama przyciągnął na chwilę wzrok bruneta. Pytał już o ten tatuaż, lecz czarnooki odparł jedynie, że miało to przynosić mu szczęście. Nietrudno było się domyślić, że specyficzny amulet niespecjalnie spełnił swoje zadanie.
            Adam westchnął cicho i odwrócił się na bok, przodem do Liama. Chłopak rzucił mu pytające spojrzenie, gdy powoli kładł się obok niego na łóżku. Owszem, trafili wyjątkowo na dom z pokojem gościnnym, ale i tak musieli dzielić ze sobą bądź co bądź nienajmniejszy materac.
            - Miałem ostatnio taki przyjemny sen. Taki pełny zieleni i spokoju – mruknął, przymrużając oczy.
            - I co w nim robiłeś? – zapytał Liam, wiedząc, że brązowooki oczekuje od niego czasami choćby i udawanego zainteresowania.
            - Właściwie nic, nie było mnie we śnie. Siedziała tam jakaś stara kobieta z miskami farb, nuciła coś spokojnie. Dopiero wschodziło słońce, wiatr tak cudownie pachniał. Aż chce się żyć, gdy sobie przypominam.
            - Śniło mi się coś podobnego. Też nucąca kobieta, szamanka. Malowała amulety dla małego dziecka, które miało dostać imię.
            Adam zesztywniał. Do tej pory niewiele poza uczuciami pamiętał, jednak słowa czarnowłosego sprawiły, że napłynęło doń o wiele więcej obrazów. Rzemienie. Rzeźbione kości. Melodie będące modlitwami. Mężczyzna będący ojcem. Imię staruszki.
            - A pamiętasz, jak się nazywała ta szamanka? – zapytał ostrożnie. Przecież takie zbiegi okoliczności są wręcz nierealne. Z Liamem nie łączyła go rodzina, nie łączyło ich właściwie nic.
            Poza klątwą.
            - Hm… Było chyba dość długie. Jakiś mężczyzna ją tak nazwał. „D”… Do…
            - Dowanhowee – dokończył zań Worsley. Podniósł się do siadu, patrząc w nieufnie przeszywające go oczy Indianina. Doskonale wiedział, do czego ta nieufność była skierowana. – Śniło mi się dokładnie to samo. Ten mężczyzna był ojcem niemowlaka, prawda? I pytał też o swoich braci. Pamiętam teraz wyraźnie.
            - Z czego był naszyjnik i bransolety?
            - Z kości jelenia.
            - Jak się miało nazywać dziecko? – głos Liama zadrżał.
            - Tatonga.
            Nastąpiła chwila ciszy. Ciszy, która zaciążyła między nimi niczym kamień nie do przesunięcia. Liam zacisnął wargi, zastanawiając się nad czymś mocno. Brązowooki myślał dokładnie o tym samym.
            I od dawna tak się nie bał.
            Wreszcie Leyti nabrał powietrza w usta, lecz dopiero moment później powiedział to, co zajmowało umysły ich obu.
            - Myślisz, że ma to jakiś związek z klątwą…?
            - Nie wiem. Mogę mieć tylko nadzieję, że nie.

sobota, 3 października 2015

Rozdział 6

            Ranek zbudził go ciszą i bólem całego ciała. Wszystkie wczoraj tak drżące mięśnie dziś zdawały się być rozprute, pełne wewnętrznych ran. Gdy tylko otworzył oczy i chciał odgarnąć pozlepiane włosy, ręka odmówiła mu posłuszeństwa. Zmełłby przekleństwo, lecz okazało się, że płuca bolały go jeszcze bardziej, sprawiając, że każdy oddech był osobnym ostrzem wbijanym mu między żebra.
            Po dłuższym czasie udało mu się usiąść z pomocą drzewa. Nie było najstarsze w tym lesie, jego pień był tak gruby jak barki ledwo jednego roślejszego człowieka. Liamowi to wystarczyło.
            Słońce nie zwędrowało daleko od horyzontu. Jego blask jednak oślepiał oczy czarnowłosego nawet spomiędzy zasłony gęstych koron drzew.
            Wiedział, że jest chory. Chory i wycieńczony wczorajszą ucieczką. Czy ten szaleńczy bieg w ogóle mu coś dał? Jedynie nabawił się kolejnego źródła udręki. I to na własne życzenie.
            W nagłym spazmie zaczął kaszleć. Dźwięk rozrywających się płuc był okropny, lecz tylko w niewielkiej części oddawał to, co dwudziestolatek czuł w piersi – ogień, który zaciskał mu gardło jeszcze bardziej niż zdawało się to być możliwe.
            Gdy ponownie mógł oprzeć się o drzewo, cały świat wirował wokół. Bolała go głowa, oczy, gardło, żołądek, plecy, nogi, mięśnie i kości. Bolało go całe ciało, a las nie chciał przestać wirować, stając się dla wycieńczonego chłopaka zieloną marą mieszającą mu zmysły.
            Nabierał co chwilę w pierś maleńkie, płytkie oddechy, starał się rozciągać zaognioną chorobą i zmęczeniem tkankę. Choć wiedział, że bez powietrza nie wytrzymałby długo, nie przynosiło mu ono żadnej ulgi.
            Jedynie ból.
            Ból.
            Ból.
            Zieleń zlała się w jednolitą falę.
            Nie mógł oddychać.
            Gdzie właściwie był?
            Popatrzył z trudem w górę.
            Słońce przyglądało się cicho, jak tracił przytomność.

            Kiedy otworzył oczy po raz kolejny, powoli zaczynała panować noc. Liam nie wiedział czy ciągle był ten sam dzień, czy może przespał cały tydzień. Odpowiedź na to mało teraz znaczyła. Chłopak nadal nie czuł się ni krztyny lepiej, a wiedział, że jeśli zostanie w tym miejscu jeszcze jedną noc, kolejnej nie doczeka.
            Rozejrzał się powoli, starając skupić wzrok na jakichś znakach szczególnych, wskazówkach, które podpowiedziałyby mu, gdzie jest.
            Dwa drzewa splatały się ze sobą. Tuż obok po ściółce pełzł krzew w kształcie wyciągniętej litery „s”. Trzy metry na prawo ziemia wznosiła się, by następnie rozedrzeć swą masę dla pchających się ku górze korzeni dużej sosny. Za nią na północny zachód ciągnął się szlak jakichś zwierząt, prawdopodobnie jeleni, bo gdyby znalazły go wilki albo niedźwiedź, nie cierpiałby dłużej.
            …Ależ skąd, pomyślał gorzko. Nie tknęłyby nawet jego ścierwa, tak ciężka była ta klątwa.
            Powieki opadały coraz ciężej na czarne oczy chłopaka. Zdawał sobie sprawę, że nie wytrzyma długo przed kolejną utratą przytomności. Nabrawszy na siłę powietrza w chore płuca, zaparł się nogami o ściółkę, by rękoma wręcz wczołgać się po pniu do góry. Gdy wreszcie jego stopy poczuły cały ciężar ciała, Liam wiedział, że naprawdę zrobił sobie krzywdę.
            Zwierzęcy szlak z tej perspektywy widoczny był lepiej. Zakręcał delikatnie w prawo, by dalej ciągnąć się daleko, aż docierał do niewielkiego jeziora, które było granicą lasu. Czarnooki zdał sobie sprawę, że jeśli pójdzie tym szlakiem w przeciwną stronę, znajdzie małą, starą leśniczówkę, gdzie czasem ukrywali się kłusownicy. O ile dopisze mu szczęście, może znajdzie tam nawet jakieś jedzenie.
            Postawił pierwszy, ciężki krok. Od razu po nim czuł, jak bardzo nie ma siły iść dalej. Do kolejnego kroku popchnęło go jednak nędzne poczucie, że nie może tu zostać i zgnić w chorobie.
            Skoro uciekł, to musi przeć naprzód. Będzie uciekał już do końca życia.
            Trzeci krok zdał mu się lżejszym niż dwa poprzednie. Czwarty odrobinę bardziej, a piąty był nawet nieco dłuższy. Liam uśmiechnąłby się pewnie do swoich drżących nóg, gdyby nie to, że otwartymi ustami mógł jedynie ciężko oddychać.
            Po drodze opierał się o drzewa. Między krokami robił małe przerwy, by złapać znów równowagę. Zdawałoby się, że w ten sposób szedł godzinami, lecz przecież nawet najmniejsze kroki posuwały go dalej i dalej. Patrzył tylko na swoje stopy, uważając, by nie postawić ich tam, gdzie kosztowałoby go to upadkiem. Tylko co jakiś czas rozglądał się i szukał wzrokiem sterty zbitych desek, która miałaby go ochronić.
            Słońce zdążyło już zajść, lecz mrok nie ogarnął całkiem dość rzadkiego tu lasu, gdy ledwo widzące już oczy chłopaka wypatrzyły czarny cień w przerwie między drzewami. Podszedł tam powoli, by móc wreszcie oprzeć dłoń o drewnianą ścianę leśniczówki. Nie wyglądała nawet na tak starą, jak podejrzewał, lecz mogło być to tylko złudzenie ciemności.
            Drżącą ręką ledwo chwycił klamkę i pociągnął zań. Za pierwszym razem nie chciała puścić, za drugim jednak uchyliła drzwi ze skrzypieniem. Wszedł do środka, lecz tu już nie widział nic. Nie zamykając za sobą wejścia, wolno pochylił się i wsparł rękoma o podłogę, by na czterech kończynach niczym ślepy pies szukać łóżka.
            Stało ono na końcu jednej ze ścian. Materac był goły, lecz w jego rogu złożony został szorstki koc. Liam westchnął z ulgą, choć brzmiało to jak bolesne rzężenie. Ledwo wdrapał się na łóżko, ostatkiem sił krzywo naciągnął na siebie okrycie.
            Czuł zapach kurzu i drgawki gorączki. Czuł ciepło i szum swojej krwi w uszach.
            Sen nadszedł chyba jeszcze zanim zamknął do końca oczy.

            Ból głowy osłabł, kiedy Liam po raz kolejny się obudził. Suchość w ustach doskwierała mu boleśnie, zważywszy na zatkany teraz całkiem nos. Zakwasy w całym ciele dawały o sobie znać przy samym tylko oddychaniu. Musiał jednak wstać i poszukać czegoś do picia lub jedzenia.
            Patrząc tępo przed siebie, zastanowił się, co tak naprawdę trzyma go przy życiu. Wcześniej tłumaczył to sobie chorym poczuciem obowiązku wobec rodziny. Miał żyć, żeby jeszcze bardziej nie odbierać im samego siebie. Jakby w ogóle mógł coś odebrać.
            Teraz jednak… nie było nic. Nie było już przybudówki, nie było przynoszonych przez siostrzyczkę posiłków, nie było odnoszenia naczyń, nie było ciągłego myślenia o swoim nędznym losie. Po co miał trwać, dla kogo? Dla siebie? Proszę bardzo, żyć dla przeklętego siebie, który w tej chwili nie potrafi zrobić nic poza rzężeniem i marzeniem o wodzie.
            Czuł się źle. Stłamszona psychika łączyła się w bólu ze zmarniałym ciałem, godząc w jego umysł nadspodziewanie prostym przekazem – dłużej tak się nie da. Zapłakałby po raz niezliczony, gdyby nie przesuszone spojówki.
            Naprawdę nie mógł tak żyć. Tak bardzo chciał wrócić do swojego domu, do kochającej rodziny, do spokoju i ciszy przesyconych bliskim zapachem kątów. Gdyby tak po śmierci mógł trwać w swoim najpiękniejszym wspomnieniu już na zawsze…
            Zamknął na chwilę oczy. Wróć do rzeczywistości, pomyślał. Spójrz na siebie, Liam. Nie możesz cofnąć czasu ani zmienić tego, co ci przeznaczono. Leżysz tu bez cienia nadziei na jakkolwiek godną czy możliwą do wytrzymania egzystencję, zamiast po prostu się zabić. A ty jeszcze, gdy nadarza ci się piękna okazja do śmierci w chorobie, znajdujesz schronienie! Aż taki silny jest instynkt czy to kolejny aspekt klątwy – nie móc doprowadzić do swojej śmierci?
            Kaszlnął ciężko. Oczywiście, że wiedział, iż klątwa nie ma tu nic do rzeczy. Co z tego, że cierpiał nie do wytrzymania? Był po prostu człowiekiem i nic nie mogło sprawić, by bez wahania odrzucił własne istnienie.
            Bał się śmierci jak każda istota. Nie ważne, ile razy miał upaść i być coraz bardziej niszczonym – zawsze będzie się trzymał tej swojej maleńkiej iskierki życia, bo puszczenie jej było kwintesencją rzucenia się w nieznane. Żaden zdrowy na umyśle człowiek nie jest na tyle odważny, by odrzucić wszystko i dać się pochłonąć.
            Ale co dadzą mu te rozważania? Przecież przynoszą tylko zmęczenie, które w końcu doprowadzi go do szaleństwa. A nawet w swojej sytuacji nie zgodziłby się na postradanie zmysłów.
            Uniósł rękę do góry, przesuwając z siebie nakrycie. Okazało się, że nie był to, jak wczoraj przyszło mu do głowy, koc, a skóra jakiegoś dużego zwierzęcia, pewnie jelenia albo łosia. Powoli usiadł, a gdy poczuł, jak bardzo gorączka zmieniła jego temperaturę, nałożył skórę z powrotem na ramiona.
            W przenikającym przez parę zasłoniętych czymś okienek świetle chłopak ujrzał jako tako, jak wygląda wnętrze leśniczówki. Zwyczajne, prostokątne pomieszczenie poza łóżkiem miało kominek, dwie szafki, zapewne do przechowywania jakichś garnków, mały stolik oraz stołeczek tuż pod nim.
            Na początek czarnooki postanowił sprawdzić dokładnie zawartość owych dwóch szafek, gdy jednak wstał, dostrzegł szparę w podłodze, która mogła być znakiem dodatkowego schowka pod drewnianymi kładkami. Dwa kroki od łóżka powoli kucnął, by nie wywołać większych zawrotów głowy, następnie koniuszkami palców spróbował podważyć deskę.
            Tak jak podejrzewał, ustąpiła razem w dwiema innymi, ukazując dwudziestolatkowi ciemny dół. Liam nie mógł wejść tam tak po prostu, wiedział, że ktoś mógł zostawić w środku jakieś narzędzia lub zniszczone rzeczy. Dla pewności wstał i ostrożnie odsunął przybity nad oknem materiał. Białe światło słońca natychmiast oślepiło go, lecz również rozświetliło płytki schowek, w którym, jak się okazało, wisiały kawały suszonego mięsa oraz wbity w jeden z nich nóż myśliwski. Tańczące drobiny kurzu zawirowały zaniepokojone znowu, gdy chłopak jednym ruchem zerwał stary materiał, po czym znów klęknął przy schowku, by wyciągnąć zeń zawartość. Jedzenie na pewno mu się przyda, a nóż – kto wie?
            Wyciągnął osiem grubych kawałków na stół, każdy z nich ważył przynajmniej kilogram. Nie wyglądały na zepsute ani na stare, co oznacza, że ktoś całkiem niedawno zostawił je sobie jako zapasy na przyszłe wycieczki. Zważywszy że tylko kłusownicy wybierali się do lasów na dłużej, Liam nie miał ani krztyny wyrzutów sumienia, zabierając im to mięso.
            Nagły atak kaszlu zmusił go do przerwania wszelkich czynności i zgięcia się w pół. Chłopak czuł, jakby roznoszący się po całych drogach oddechowych ból miał oznaczać, że zaraz wypluje płuca. Dopiero po dłuższej chwili mógł wreszcie w miarę normalnie wciągnąć powietrze, nadal mając wrażenie, że zaraz zemdleje.
            Spojrzawszy przed siebie, dostrzegł zamknięte drzwiczki jednej z szafek. Podszedł doń na wyciągnięcie ręki, po czym jednym ruchem otworzył. I wypuścił z ulgą powietrze.
            Miał właśnie przed oczyma schowane dwie duże butle z wodą, jakąś szmatę i pudełko z czerwonym krzyżykiem. Zwłaszcza to ostatnie jawiło mu się teraz na równi z cudem.
            Gdyby tylko nie stracił przytomności.

            Mały chłopiec o czarnych oczach na granicy snu słuchał w spokoju głosu swej babki. Opowiadała ona jakąś starą legendę jemu i jego kuzynowi. Monotonny ton staruszki otaczał go z każdej strony i tulił coraz ciaśniej w ciepły koc, którym przykryła ich jego kochana matka. Obrazy wyobraźni mieszały się już z sennymi wizjami, zabarwiając umysł niemal śpiącego dziecka zielono-szarymi barwami.
            Babcia przerwała na chwilę, zapewne sprawdzając, czy obaj chłopcy już zasnęli. O ile trzymający go za dłoń kuzyn oddychał głęboko, tak chłopiec o czarnych oczach odgarnął z niezadowoleniem włosy z czoła i wymruczał do starszej kobiety, by nie przerywała.
            - Jeszcze nie śpisz? Myślałam, że znasz to już na pamięć – zaśmiała się siwowłosa.
            - Ale lubię… - mruknął znów chłopiec, ledwo powstrzymując się przed snem.
            - No to skończę tę, ale potem już spokój, bo ochrypnę, maluchu.
            Dziecko nie dało już rady zdobyć się na zaprzeczenie temu, iż był mały – w zamian znów wsłuchało się w głos swej babki.
            Leżący obok niego kuzyn poruszył się nieco, ściskając mocniej dłoń czarnookiego chłopca. On odruchowo odwzajemnił ów nieświadomy gest, czując się tak bezpiecznie i przyjemnie.
            Zewsząd otaczały go historie babci i sama miłość.

            Jesień. Świat z każdym tygodniem robił się coraz chłodniejszy. Wiatr powoli zmieniał kierunek i stawał się coraz chłodniejszy. Lecz liście nie zostały jeszcze pozbawione życiodajnego chlorofilu, więc koniec lata musiał nastąpić stosunkowo niedawno.
            Liama to nie interesowało. Już dawno przestał liczyć dni.
            Odkąd opuścił dom, na dłużej zatrzymał się jedynie w leśniczówce, która stała się jego chwilowym szpitalem. Niewiele jednak pamiętał z tamtego krótkiego okresu. Pewien był jedynie dwóch rzeczy – że w chorobie był bardzo bliski śmierci oraz że jakimś cudem przeżył. Gorzki los tym samym mu się przedłużył, a on wciąż nie był na tyle silny, by się zabić.
            Od tamtego czasu całą drogę przebył na własnych nogach, coraz bardziej oddalając się od wszystkiego, co znał.  Nieraz zmieniał kierunek, lecz nigdy nie zawrócił kompletnie. Nie chciał się już cofnąć nawet o krok, skoro każdy naprzód zbliżał go do śmierci.
            Idąc w tłumie ludzi już nawet nie czuł się samotny. Ze wzrokiem wbitym w ziemię, szedł przed siebie, tylko do przodu. Zjadł wcześniej zabrane z jakiegoś sklepu jedzenie, więc nie czuł się głodny czy spragniony. Miał wiele sił, żeby iść jeszcze długo.
            Nagły wiatr rozwiał jego włosy na boki. Nie ściął ich ani razu i ledwo o nie dbał, choć zawsze przed snem i po przebudzeniu starannie rozczesywał je palcami. Lecz nawet mimo takiego braku zainteresowania dla nich, czarne kosmyki ciągle lśniły i ciągle były lekkie – jak „zawsze”.
            Chłód powietrza dopiero dłuższą chwilę potem przestał męczyć chłopaka, który zauważył, że wyziąbł. Koszulka z krótkim rękawem i materiałowe spodnie najwyraźniej nie nadawały się już do normalnego funkcjonowania w spadającej z dnia na dzień temperaturze. Czarnooki wiedział, że w tej sytuacji będzie musiał wejść do jakiegoś sklepu i ukraść nowe ubrania. Już się przyzwyczaił, iż do końca nigdy nie będzie mógł prowadzić swej egzystencji uczciwie.
            Dwie uliczki dalej spostrzegł wystawę jakiegoś odzieżowego sklepu. Nie wyglądał na najtańszy, więc Liam miał nadzieję, że ubrania stamtąd nie zniszczą się na nim zbyt szybko. Choć po ulicy szedł spory tłum ludzi, wystarczyło, że dwudziestolatek pomyślał o skręceniu tam, by każda osoba nagle zmieniła kierunek swej drogi.
            Ciepłe pomieszczenie pełne było zapachu drogich, nowych materiałów. Od płaszczy po bieliznę – tak szeroki wybór Liam zastał w tym miejscu. Nie zdziwił się jednak, że wśród sklepowych półek nie widział innych klientów, choć mało interesowało go czy to ceny, czy on sam był przyczyną tego zjawiska.
            Prędko dostrzegł wieszaki z wiszącymi nań płaszczami oraz bluzami tuż obok tych pierwszych. Wybrał niemal natychmiast prostą czarną bluzę z metalowym zamkiem i zdjął ją z wieszaka, by przymierzyć. Rękawy okazały się jednak nieco zbyt krótkie, więc chłopak ubrał na siebie kolejną, wyraźnie większą. Ta już pasowała idealnie.
            Nie kłopocząc się jakkolwiek schludnym odwieszeniem za małej bluzy, czarnowłosy wyszedł po prostu ze sklepu, odrywając metkę oraz krążek uruchamiający alarm. Oczywiście nim przekroczył próg, rozległo się głośne piszczenie. Usłyszał jeszcze zdziwiony głos kasjerki, która przecież nie mogła ujrzeć, jak Liam wynosi na sobie towar z jej sklepu.
            Jakby mogło go to mniej obchodzić.
            Krocząc swoim tempem przed siebie, zaczął niechętnie myśleć o swoim życiu. Dokąd teraz? Po co? Czego najbardziej mi potrzeba? Snu? Toalety? Wody? A może kąpieli? Czy brakowało mu czegoś na tyle, by musiał tego szukać?
            Gorzka myśl przemknęła mu przez głowę, że brakuje mu odwagi, by wreszcie dać sobie spokój z przetrwaniem na siłę. Ta chęć, wręcz potrzeba istnienia od początku wydawała mu się iście zwierzęca. Jak jednak mógł dalej iść, jeżeli nie przerodził się w żyjące z dnia na dzień, z chwili na chwilę zwierzę? Ta animalizacja samego siebie pozwalała mu opróżnić umysł z niepotrzebnych rzeczy. To mu wystarczało.
            Uniósł wreszcie głowę, by poszukać kogoś, za kim mógłby się udać do mieszkania. Nie przepadał z jakiegoś powodu za podążaniem za mężczyznami, więc szukał dobrze wyglądających pań. Prędko ujrzał spięte włosy rudowłosej kobiety, która ubrana była w gustowne rzeczy.
            Zapewne po chwili Liam wykonałby pierwsze, niemal leniwe kroki za elegancką kobietą. Zapewne śledziłby ją aż do jej mieszkania lub domu. Zapewne spędziłby u niej noc na kanapie, sofie, a jeśli dopisałoby mu szczęście, może nawet na łóżku dla gości.
            Zapewne ten scenariusz potoczyłby się w ten lub podobny sposób, tak jak we wszystkie inne dni, które czarnowłosy spędzał jako pasożyt na nieświadomych niczego ludziach.
            Gdyby nie fakt, że rudowłosa kobieta skręciła nagle, kierując się z dala od jednej jedynej postaci w tłumie, która zupełnie nie pasowała do codziennego już świata dwudziestolatka.
            Tam między odwróconymi od niego ludźmi szedł mężczyzna. Miał brązowe włosy, z daleka wyglądały na zaniedbane. Ubrany był również w stare rzeczy. Zupełnie nie ruszyłoby to Liama, lecz było w jego widoku coś więcej.
            Chłopak widział jego profil. Zmęczona twarz z wpatrzonymi tępo przed siebie, niemalże martwymi oczyma. I zamknięte, spierzchnięte usta, które nagle wykrzywiły się w dziwnym grymasie.
            Mężczyzna spojrzał znieruchomiałemu Liamowi w oczy.
            Na początku nic się nie działo. Wiatr ciągle wiał, odwróceni ludzie ciągle szli swoimi drogami.
            Ale dla dwojga odrzuconych w tym tłumie ludzi czas się znienacka zatrzymał.
            Liam wziął w płuca wolny oddech.
            Nie. Taka sytuacja była na tyle nieprawdopodobna, że aż niemożliwa. To musiała być jakaś jego halucynacja, wymysł samotnego serca.
            Chłopak czuł, że im dłużej patrzy w to martwe, acz poruszone czymś oczy, tym większą ma nadzieję.
            A przecież nadzieję porzucił już dawno temu.
            Z szeroko otwartymi oczyma krótką chwilę jeszcze stał w tym samym miejscu. Gdy tylko zjawił się większy tłum, Liam wykorzystał okazję i ruszył szybkim krokiem za nim.
            Im prędzej ucieknie przed tym wzrokiem, tym szybciej dojdzie do siebie.
            Czarnowłosy nawet nie zauważył, kiedy zaczął biec między ludźmi. Nogi same go niosły przed siebie, byle dalej, byle szybciej. Przed czym tak naprawdę uciekał? Przed duchem? Przed nadzieją? Przed sobą?
            Skręcił szybko w jedną z uliczek. Przecież niemożliwe, żeby zobaczył innego człowieka. Własna halucynacja nic mu nie zrobi. A nawet jeśli miałby to być duch, który będzie go prześladował, nie zrobi mu więcej poza wpatrywaniem się. Gdyby miało być inaczej, Liam już wcześniej spotkałby się z podobną sytuacją.
            Postanowił się uspokoić. Dalszy bieg nie miał sensu, jedynie bezcelowo zmęczyłby się. Zaczął więc powoli iść przed siebie, spokojnie, starając się zapomnieć cokolwiek o tych martwych niemal oczach, które nagle wbiły się w niego, choć przecież do końca życia miał już nie ujrzeć niczyjej twarzy.
            Niewielka uliczka sprzyjała mu w ogarnięciu swych myśli. Przecież to oczywiste, że nikogo tam nie zobaczył. W końcu klątwa wykluczała taką możliwość. Ale wcześniej przeżywał już gorsze stany, żeby nagle mieć halucynacje. Nie mógł zwariować teraz, gdy już pogodził się ze swoim niemającym celu istnieniem. Szaleństwo oznaczałoby w końcu utratę panowania nad zmysłami, a do tego nawet w swoim obecnie marnym życiu nie mógł dopuścić.
            Mógł sobie wmawiać podobne morały. Nie zmieniało to faktu, że z jakąś ułudną nadzieją zerknął za siebie.
            Tym razem te oczy szukały go świadomie.
            Nie wiedział tym razem, dlaczego zaczął uciekać. Może był to instynkt przetrwania, który kazał mu ratować życie przed goniącym go niewiadomym? Może był to wyuczony odruch, mający jakiś nieznany mu cel? Może wreszcie był to strach, że rzeczywiście oszalał?
            Duch za nim gonił go szybko. Dyszał coraz bliżej niego i stawiał twarde kroki, biegnąc niemal jak prawdziwy człowiek. Liam poczuł, że traci siły – nie należały jednak one do jego ciała, a do rozumu. Przecież przed szaleństwem nie ma ucieczki, a ta halucynacja może nawet bardziej przypomina człowieka niż mu się zdaje…
            Nagła utrata równowagi sprawiła, że wyciągnął przed siebie ręce, prawie natychmiast tego żałując. Ból w zdartej skórze był zbyt prawdziwy.
            Tak samo dłoń, która trzymała rękaw jego nowo skradzionej bluzy.
            - Ała… - warknął pod nosem, bojąc się tego, co zaraz miało nastąpić. Serce waliło mu jak oszalałe, tak samo z nadzieją na to, że znów ujrzy te oczy, jak i że wreszcie znikną.
            Usiadł powoli na piętach, by odrzucić wreszcie wpadające do ust włosy. Splątane kosmyki nawet nie chciały się rozstąpić między jego palcami. Zdawały się mówić „nie odwracaj się, zajmij się nami, my jesteśmy prawdziwe”.
            Niemal od razu przekręcił głowę, patrząc z nieufnością w istotę, która tak zakłócała jego względny spokój.
            - Puść moje ramię – rzekł twardo do istoty tak bardzo przypominającej człowieka, że niemal dawał się nabrać.
            Lecz kiedy istota go puściła, nawet nie zdążył wstać, natychmiast opleciony jej ciepłymi i silnymi ramionami.
            - Co ty wyprawiasz?! Zostaw mnie, szaleńcu! – wrzasnął, choć przecież szaleńcem powinien nazwać siebie.
            Bo gdy nie mógł się wyszarpnąć z uścisku obcej istoty, zaczął wierzyć, że ten mężczyzna  n a p r a w d ę  może być  t y m  człowiekiem.
            Westchnął po chwili, wciąż roztrzęsiony i pełen wątpliwości. Jakie były szanse na to, żeby spotkał drugą ofiarę klątwy? Na świecie żyło prawie osiem miliardów ludzi, a żadna z jego rodzinnych opowieści nic nigdy nie wspomniała o tej drugiej stronie.
            A jednak siedzi tu teraz i przytula go, płacząc. Może już wcześniej oszalał? Skoro tak, może stanowić niebezpieczeństwo dla Liama, nawet większe niżby się zdawało.
            Dlaczego więc dwudziestolatek nie próbował się uwolnić od tych silnych rąk, które mogłyby go udusić w każdej chwili.
            Jakże prosta i banalna była na to odpowiedź. Czarnooki niemal brzydził się siebie, gdy myślał, że mógłby umrzeć tu i teraz, marnując cały przeżyty czas tylko dlatego, że ktoś na niego wreszcie spojrzał.
            Obcy mężczyzna szlochał mu w ramię, trzymając go, jakby był szansą na ratunek, wspaniałym darem od losu, a nie jedynie drugą ofiarą.
            Dokładnie w momencie, gdy ta myśl przetoczyła się przez umysł Liama, trzęsący się za nim mężczyzna mruknął dwukrotnie jakieś słowo, cicho i niewyraźnie, samemu nie zdając sobie chyba sprawy z tego, że coś mówi.
            Ale czarnooki usłyszał jego pełen nadziei szept, gdy obcy nieświadomie powiedział do siebie „wreszcie”.
            Nie wiedział.
            Ten fakt uderzył umysł dwudziestolatka mocniej niż można by przypuszczać. Obcy nie wiedział, co się z nim stało? Mogło tak być. Skąd niby pewność, że obie przeklęte rodziny zdawały sobie sprawę, co je prześladuje. Ten mężczyzna nawet nie musiał być w prostej linii potomkiem człowieka, który sprowadził na niego tak okrutny los. Wystarczyło, że ktoś kiedyś jeden jedyny raz nie miał dzieci i nie przekazał wiedzy o prawdzie.
            Liama zalała wręcz wściekłość na myśl, że ten oto tu mężczyzna dostał choćby złudną możliwość wiedzenia normalnego życia.
            Jakim prawem tylko on czekał na ten dzień całe życie jak na zagładę?
            Wreszcie obcy puścił go, z czego chłopak prędko skorzystał. Gdy te silne ręce już go nie krępowały, wstał spokojnie i odwrócił się twarzą do uśmiechniętego jak dziecko człowieka.
            On naprawdę nie miał pojęcia. Tak żałośnie pełen nadziei…
            - Kim jesteś? – zapytał brunet, nawet nie ruszając się z miejsca. Jego przesycone radością oczy o dziwnej barwie brązu wręcz obrzydziły swym wyrazem czarnowłosego. Poczuł przemożną ochotę pozbawienia go wizji powrotu do normalności, która wyraźnie jawiła się w głowie mężczyzny.
            - Co ci da ta wiedza? I tak się wkrótce zabijesz – rzekł surowym tonem. Nienawidził jego niezrozumienia.
            - Co masz na myśli?
            Liam spojrzał na niego z pełnym pogardy politowaniem. W innych okolicznościach nie sądziłby, że jest zdolny do takiej zazdrości i chęci zmazania radości z czyjejś twarzy.
            - Czyli ty nic nie wiesz, biedaku. Pewnie myślisz sobie na mój widok, że teraz będzie już dobrze? – kucnął przed nim, nie przerywając wylewającego się z jego słów potoku jadu. – No to pozwól, że ci coś powiem. To klątwa. Cała ta „niewidzialność” to klątwa. I ona nigdy się nie skończy.
            Uśmiechnął się gorzko, widząc, jak prawda, którą mu przekazał, powoli dociera do mężczyzny i sprawia, że nagle rozkwitła radość i nadzieja zaczynają w nim gnić. Jego rozświetlone oczy gasły z każdą chwilą.
            Nagle Liam nie mógł już na niego patrzeć. Brzydził się nim. Brzydził się jego spojrzeniem, jego szansą na normalne życie. Odwrócił się powoli i zaczął iść przed siebie jak gdyby nigdy nic, starając się znów osiągnąć stan pasożyta, który istnieje tylko po to, żeby przetrwać.
            - Zaczekaj – usłyszał dwukrotnie słaby głos obcego.
            Nie mam zamiaru, pomyślał sobie. Wystarczy mi jedynie, że muszę żyć ja, nie potrzebuję wiedzy o kimś jeszcze. Im prędzej o sobie zapomnimy, tym lepiej dla nas obu…
            Szedł prosto, ze wzrokiem wpatrzonym przed siebie. Nie miał zamiaru się odwracać, nie mógł już się odwrócić. Za jego plecami stale krążyła przeszłość, a przecież obiecał sobie ją zostawić.
            - Zaczekaj na mnie – zawołał mężczyzna. Liam nagle przeraził się i rozgniewał, słysząc za sobą jego kroki.
            Po prostu mnie zostaw, nic ci z mojej obecności nie przyjdzie.
            Nagle zdał sobie sprawę, że wkroczył na jezdnię. Przed nim przemknął jakiś samochód. Chłopak mrugnął na widok szybko odjeżdżającej maszyny.
            - Stój!!! – zawołał ochryple obcy.
            Głupi pomysł, a jak szybko może rozwiązać wszystkie jego problemy.
            Stanął jak wryty. Następnie odwrócił się i spojrzał w próbującego go dogonić mężczyznę. Brudne włosy przylepiły się do jego mokrych od wcześniejszych łez policzków.
            Czyli jednak nie umrze, mając za świadka jedynie ciszę.
            Czarnooki uśmiechnął się delikatnie, bardzo smutno.
            Kątem oka widział nadjeżdżający samochód.
            Zamknął powieki, słysząc jedynie szum krwi w uszach.
            Już.
            Nie spodziewał się tego, że coś pociągnie go do tyłu.
            Nagle upadł. Czuł ból w ściśniętym znów nadgarstku. Czuł ból w łokciach, miednicy i z tyłu głowy.
            Czuł ból.
            Żył.
            Dlaczego rozbawiło go to do tego stopnia, że zaczął śmiać się do rozpuku?
            Żył.
            Wreszcie miał odwagę stanąć.
            Wszystko mogło się skończyć w jednej chwili.
            Niemal czuł na skórze chłód rozpędzonego samochodu, którego kierowca zajął się czymś innym, bo zmusiła go do tego klątwa.
            Ale on nadal żył.
            Łzy napłynęły mu do oczu, gdy przepona zaczęła już boleć.
            - I po co to zrobiłeś? Wszystko skończyłoby się szybko i bezboleśnie – ledwo powiedział przez śmiech, patrząc na obcego zawiedzionym wzrokiem.
            - O co ci chodzi? Uratowałem ci życie – odparł mu brunet, jakby naprawdę zrobił coś wartościowego.
            - No właśnie! – to wywołało kolejną falę śmiechu, bolesną jak płacz.
            - Kim jesteś? – obcy nie rezygnował, jakby poznanie Liama naprawdę miało zmienić jego życie na lepsze. Chłopak tymczasem przeklinał jego egzystencję.
            Wreszcie był tak blisko zakończenia tego wszystkiego.
            Zupełnie jakby nic nie miało mu się już udać.
            Światło dnia niemal potwierdziło jego smutną uwagę, gdy szarawy woal chmury zasłonił blask słońca, zmieniając barwę powietrza ze złotej na szarą.
            - Nie dasz mi spokoju, póki nie powiem, prawda? – czarnooki jedynie obserwował, jak brunet kręci głową. Oczywiście, już pewnie nigdy nie uwolni się od tego człowieka. Choć jego nagłe, acz brutalnie silne pragnienie zatrzymania przy sobie Liama sprawiało, że ten wręcz miał ochotę na złość jemu wciąż i wciąż próbować umrzeć. Chora zabawa. – W takim razie co dokładnie chcesz wiedzieć?
            - Jak masz na imię?
            Łatwy początek, pomyślał chłopak.
            - Liam. Liam Leyti.
            Nastąpiła krótka cisza nim padło kolejne pytanie.
            - …Dlaczego mnie widzisz?
            Czarnowłosy uśmiechnął się kwaśno. On naprawdę nic nie wiedział.
            - Bo jestem w tej samej pozycji co ty.
            Zastanowienie przemknęło przez twarz obcego i zajęło miejsce w jego dziwnych oczach. W jego rodzinie wszyscy mieli brązowe tęczówki; tak dziwnie przepołowionych jak u tego osobnika nie widział jednak nigdy. Jak stary brązowy witraż.
            - Wspomniałeś wcześniej o klątwie… - Liam kiwnął głową. – Wiesz o niej coś więcej?
            Nim dwudziestolatek udzielił kolejnej odpowiedzi, uniósł się i przemieścił pod ścianę najbliższego budynku. Skoro miał brunetowi opowiedzieć dokładnie tę samą historię, którą on usłyszał jako dziecko, chciał chociaż móc wygodniej usiąść. Widząc jednak nieruchomego wciąż obcego, ze zniecierpliwieniem w duszy poklepał miejsce obok siebie. Nie będzie przecież odstawiał sztuki teatralnej, chciał tylko cicho mówić.
            - Może zanim zacznę opowiadać, co wiem, powiesz mi, jak ty masz na imię? – zreflektował się chyba jedynie z czystej ciekawości. Skoro już spotkał tę drugą ofiarę, mógł chociaż dowiedzieć się, z jakiej rodziny pochodzi.
            - Adam Worsley.
            - Brzmi jak „worse slave”, nieprzyjemnie – skwitował ciemnooki, zastanawiając się jednocześnie, czy to skojarzenie mogło stanowić jakąś wskazówkę do klątwy.
            - Dziękuję, nie musisz mi mówić.
            Ta dziwna ironia wywołała krótki uśmiech na twarzy Liama. Tak zwyczajny, jak żaden od bardzo dawna.
            Musiał jednak w końcu zacząć opowiadać.
            - Nie wiem dużo o tej klątwie. Nikt nie wie, skąd się wzięła ani przez kogo zostaliśmy przeklęci – „my:, pomyślał chłopak. Nie tylko „ja”. – W mojej rodzinie jednak od pokoleń wszyscy zdają sobie sprawę z jej istnienia. Raz na osiemdziesiąt lat dwoje ludzi urodzonych tej samej nocy w dniu swoich dwudziestych urodzin staje się niewidzialnymi. Nie znikają, nie umierają, nie przenikają do innego świata. Po prostu reszta społeczeństwa już nigdy nie spojrzy, nie usłyszy, nie poczuje ani nie dotknie tych dwóch osób. Zwierzęta nas widzą, ale unikają jak tylko się da, bo czują od nas coś w rodzaju złej aury. Klątwa ciągnie się w dwóch różnych liniach krwi. Jeżeli po sześćdziesięciu latach jakaś kobieta w bezpośredniej linii nie zajdzie w ciążę, klątwa przenosi się na jej bliższą lub dalszą rodzinę. Zawsze na kogoś spada, nie da się jej uniknąć. Ale kiedy już kogoś dosięgnie, w oczach reszty ludzi ślad po niej ginie na zawsze. Nikt z naszej rodziny jeszcze nigdy nie wrócił do „widzialnych”. Nawet po śmierci nie widać trupa takiej osoby – czarnooki natychmiast przypomniał sobie swój strach odnalezienia czyichś kości w tamtym miejscu. Nagle przed oczyma przeleciał mu prędko jakiś owad. Nie zwróciłby pewnie nań uwagi, gdyby nie skojarzenie, które znienacka nasunęło mu się na myśl. Spojrzał ze smutkiem na Adama. – Jesteśmy jak dwa świetliki, które nagle zgasły. To aż cud, że się znaleźliśmy, wiesz?
            Dziwne zaskoczenie przemknęło po twarzy obcego. Nie wydawał się być tak przejęty historią o klątwie, jak podejrzewał go o to Liam. Dopiero po chwili odezwał się ponuro, lecz z dziwną poddańczą nutą w głosie.
            - Czyli naprawdę nie możemy nic zrobić?
            - Równie dobrze moglibyśmy umrzeć w swoje urodziny, wręcz oszczędzilibyśmy sobie cierpienia – odparł, nie mając na myśli jedynie jego i tego Adama.
            - Ale wtedy nie poznalibyśmy się.
            - Naprawdę sądzisz, że to ledwo spotkanie jest warte klątwy? – chłopak popatrzył na niego jak na zjawisko. Te słowa brzmiały tak dziwnie, tak niepoprawnie, że aż boleśnie.
            - Jeszcze nie wiem. Chciałbym, żeby było warte – usłyszał cicho.
            - Jesteś gejem? – zapytał nim pomyślał dwa razy. Gdy zdał sobie sprawę z własnych słów, na zawstydzenie było już za późno.
            - Nie, nie to miałem na myśli! Naprawdę, zupełnie nie. Miałem… dziewczynę. Wcześniej – wyduszone ledwo słowa sprawiły, że Liam niemal pożałował własnych.
            - Jasne, rozumiem. Wybacz podejrzenia – czarnowłosy położył dłoń na jego ramieniu. Zdawało mu się, że czuje jakieś słabe ukłucie gdzieś we wnętrzu, jakby liczył na inną odpowiedź. Niedorzecznie głupie z jego strony. Niedorzecznie ludzkie.
            - Czyli jesteś w moim wieku?
            - Nawet lepiej, bo z tego samego dnia co ty – zaśmiał się, a Adam szybko do niego dołączył. Aż dziw brał, gdy patrzył na tego zniszczonego mężczyznę i zdawał sobie sprawę, że liczą sobie tyle samo lat.
            Długa cisza zmusiła Liama do refleksji. Przypomniał sobie, że miał przecież znaleźć jakiś dom na noc, że miał wrócić jak najszybciej do swojego pasożytowania. Owszem, spotkał niespodziewanie drugą ofiarę, nawet nabył od niej kilka zadrapań i siniaków.
            Ale czy cokolwiek to zmieniało?
            No właśnie. Jedynie podnosiło jego niespodziewanie żywą nadzieję, że może teraz jakoś lepiej uda mu się wytrzymać. Obcy nie wydawał się szalony czy zdesperowany – był po prostu tak samo znużony tą bezcelową tułaczką co on.
            Ale im prędzej osiągnie granice swojej wytrzymałości, tym prędzej skończy z gównianą egzystencją człowieka-ducha.
            - To co teraz? – usłyszał nagle. Czarna brew natychmiast powędrowała do góry.
            - „Co teraz”? A czego ty oczekujesz?
            - Nie wiem, moglibyśmy zostać razem.
            Dziwna złość obróciła się w jego wnętrzu wraz z głupią radością, którą natychmiast postanowił stłumić. Żachnął się niechętnie.
            - Chyba żartujesz. Mam żyć w iluzji nadziei, że będzie dobrze, bo znalazł się nagle człowiek, którego też cały świat ma w dupie? Przecież to niczego nie zmieni, nasze istnienie nadal będzie bezwartościowe – wstał z zamiarem kolejnej ucieczki. Czy miała ona jednak jakikolwiek sens?
            - To dlaczego ciągle żyjesz?
            Pytanie zawisło w powietrzu jak dźwięk płaczącej cykady. Liam spojrzał na przyglądającego się mu Adama, próbując nie okazać szoku, jaki przewędrował po całym jego umyśle. Żył, by umrzeć. Więc dlaczego w ogóle starał się przeżyć? Żeby utrudnić swojej psychice wszystko, co tylko można?
            Jednak ta obrzydliwie ludzka część chłopaka zagotowała się z wrażenia na niesforną myśl o dzieleniu tego cierpienia z kimś. Serce czarnookiego zabiło szybciej. O dziwo bezboleśnie szybciej.
            Może jednak…?
            - Nie wydajesz mi się jeszcze szalony, więc może krótka wspólna podróż nie będzie zła? Przynajmniej nie będę mówił tylko do siebie.
            Te słowa uciekły z niego zanim zdążył uspokoić chorą ekscytację. Choć czy nie było prawdą przyznanie, że chłopak sam pozwolił im się wymknąć…?
            Uśmiech pełen ulgi na twarzy Adama sprawił, że przestał chcieć się zastanawiać nad swoją decyzją. Podał mu rękę, pomagając wstać, po czym odwrócił się i powoli ruszył przed siebie. Na tyle powoli, by brunet mógł go dogonić.
            Miał nadzieję, że to zwolnienie kroku nie sprawi, iż przeszłość go dopadnie.
            Musiał patrzeć jedynie przed siebie.
            Ale tym razem nie sam.