Uwaga

piątek, 30 września 2016

Rozdział 14

— Yori-san! Widziałam je! Widziałam! Były takie piękne!
Tego dnia, ledwo tylko Kiyori dostrzegła postać Psiego Boga w chramie, od razu do niego pobiegła. Mężczyzna nie zdziwił się jej radością, a jedynie uśmiechnął ciepło.
— Rozumiem, że ci się spodobały – rzekł, kiedy czarnooka przytuliła go mocno.
— Tak! Były tak kolorowe. I chyba w ogóle mnie nie widziały, chociaż nie wiem, w jaki sposób ja je widziałam.
Zaczęli kierować się ku wiśni. Tam dziewczynka usiadła tuż obok kamiego, który patrzył nań wesoło. Jej radość wyraźnie udzieliła się Inugamiemu.
— To dzięki masce. Ukrywa ona człowieczeństwo w człowieku, dzięki czemu yōkai nie widzą go jako istoty ludzkiej – odpowiedział jej białowłosy. Kiyori na widok jego kompletnie bladej twarzy przeszło przez myśl dziwne pytanie, czy mężczyzna kiedykolwiek się rumieni.
— Wiedziałam – powiedziała z zadowoleniem. – Więc te pieczęcie, jakie yōkai miały na sobie, miały ukryć to, że są yōkai, tak?
— Właśnie tak. Chciały przekroczyć granicę choćby na chwilę. Od wielu lat wydaje mi się, że wszystkie stworzenia ciekawe są świata „po drugiej stronie”, zupełnie jakby miały odnaleźć w nim szczęście, którego nie mają w swoim.
Spojrzał ku górze, gdzie falowały delikatnie gałęzie wiśni. Na jednej z nich siedziała milcząca cykada, najwyraźniej śpiąc lub grzejąc się w promieniach słońca. Pogoda wyraźnie dopisywała na tegoroczny obon.
— Czyli ja przekroczyłam granicę, Yori-san? – zapytała dziewczynka.
— Byłaś temu bliska. Ale żeby wejść w inny świat jako jego część, Kiyo-san, potrzeba czegoś więcej. Świat skończony i nieskończony przenikają się wszędzie, lecz oba są zupełnie różnymi miejscami. Możesz wkroczyć do świata kami przez torii, możesz nosić maskę, która ukryje twoje człowieczeństwo, ale czy to pozwoli ci ujrzeć zamieszkujące ów świat yōkai albo się z nimi porozumieć? – Inugami spojrzał znów na nią. Pokręciła głową, domyślając się odpowiedzi na jego pytanie. – W twoim przypadku jest to o wiele łatwiejsze, bo jesteś błogosławionym dzieckiem. Lecz niemalże każdy inny człowiek, który przez maskę do bon odori spojrzałby w głąb lasu, nie ujrzałby nic poza ciemnością.
— Ja też długo widziałam tylko zwyczajny las w nocy. – Czarnooka oparła się głową o ramię kamiego. – A co jeszcze trzeba by zrobić, żeby wejść do świata kami?
Yori spojrzał na nią, ściągając lekko brwi.
— Kiyo-san, całkowite przejście na drugą stronę jest wystarczająco trudne, by tego nie próbować z byle zachcianki lub czystej ciekawości. Zauważ, że również by wrócić, musiałabyś poczynić wielkie starania.
— Spokojnie, ja wcale nie chcę stać się yōkai, Yori-san. Jestem po prostu ciekawa, jak to wygląda – wytłumaczyła się, nieco zaskoczona reakcją Inugamiego.
Mężczyzna westchnął głęboko.
— Jeżeli kieruje tobą zwykła ciekawość, ufam ci na tyle, że powiedziałbym, co należy zrobić. Jednak po pierwsze często zwykła ciekawość zmienia się w ciekawość, która pcha człowieka do pewnego czynu. Po drugie zaś jako kami nie wolno mi zdradzać tego typu rzeczy. Istoty chcące przejść, muszą same dojść do tego, co trzeba uczynić. Ja mogę jedynie podpowiadać.
— Nie wiedziałam, że kami mają określone reguły – zdziwiła się dziewczynka. Psi Bóg uśmiechnął się półgębkiem.
— Jako kami, urodziłem się z nimi w sercu. Nikt ich nie daje, nie przedstawia ani nie wyjaśnia. Po prostu wiem, co mogę, a czego nie, Kiyo-san.
— To skąd się one biorą?
Białowłosy zadumał się, myśląc nad odpowiedzią.
— Zawsze jest ktoś od nas silniejszy. Potężniejszy. Być może na początku istnienia świata albo i nawet przed nim te najpotężniejsze byty ustanowiły pewne reguły i wpoiły je w pierwsze istnienia. Z czasem każdy rodzący się kami miał je wypisane w swej duszy.
Wiatr zmienił kierunek, głośnym szelestem obwieszczając swą decyzję. Nie wytłumaczył jej jednak nikomu, więc gałęziom całego lasu, ich liściom i igłom oraz wszystkim ptakom pozostało jedynie ją zaakceptować. Kiyori spojrzała ku ścianie tysięcy drzew i odetchnęła głęboko rześkim powietrzem niesionym z ich strony. Lubiła wiatr w lecie.
Coś odwróciło jej uwagę od zielonego lasu. Skierowała wzrok ku hondenowi, gdzie na dachu przysiadł szary gołąb. Ptak począł czyścić swe pióra, dokładnie wodząc pomarańczowym dziobkiem pod lewym skrzydłem. Uznawszy, że puch pod spodem jest już wystarczając ułożony, wyprostował się i rozejrzał dookoła.
Dziewczynka zastanowiła się, czego taki gołąb wypatruje z dachu budynku. Jedzenia? Innych gołębi? Drapieżników? A może po prostu jak i ona w ogląda z zadowoleniem okolicę?
Znienacka ptak spiął się do lotu i pofrunął poza zasięg jej oczu. Kiyori patrzyła chwilę za nim, by z powrotem odwrócić się ku Inugamiemu. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że kami zmienił się w psa.
To dlatego gołąb odleciał, stwierdziła w myślach, od razu głaszcząc wielkie zwierzę po boku. Akita zmrużył z przyjemnością oczy, po czym położył się na przednich łapach. Czy wszystkie zwierzęta boją się Yoriego? Jeśli tak, musiał być naprawdę samotny.
Czarnooka odetchnęła głębiej i zamknęła oczy. Spokój dnia bardzo jej się udzielał, a niewyspanie po wczorajszej zabawie ciągle nużyło wszelkie jej starania, by zachowywać się jak w pełni sił. Obon miał zakończyć się dopiero jutro w nocy, mimo tego dziewczynka z wielką chęcią chciała jeszcze długo się bawić. Tak rzadko miała powód, by zejść do miasteczka, że każda okazja jawiła jej się jako wyjątkowa.
Powoli krążące słońce ogrzewało ją coraz bardziej i bardziej, aż wreszcie dziewczyna prawie że zasnęła. Nie mogła sobie na to jednak pozwolić, wszakże czekały na nią jeszcze obowiązki w chramie. A dopóki ich nie wykona, nie będzie mogła pójść na festyn.
Zebrawszy się w sobie, z ciężkim stęknięciem wstała i rozciągnęła plecy. Psi Bóg spojrzał na nią. Po tych latach niemalże przyzwyczaiła się do dziwnej barwy jego oczu, lecz nadal rozświetlona światłem czerwień jarzyła się tak wyjątkowym odcieniem, że dziewczynka nie mogła oderwać odeń wzroku.
— Muszę jeszcze zrobić kilka rzeczy, Yori-san. Im prędzej się z nimi uporam, tym więcej wolnego czasu będę potem miała. – powiedziała. – Muszę ściągnąć pranie, rozwiesić nowe, zamieść haiden i wszystkie werandy. A jak zdążę jeszcze dzisiaj wyczyścić ishidoro z mchu i pyłu, jutro będę mogła dłużej zostać w miasteczku. Chciałbyś razem ze mną obejrzeć tōrō nagashi, Yori-san? Uwielbiam puszczanie lampionów na wodę.
Pies zamachał kilka razy ogonem, co Kiyori uznała za wystarczającą odpowiedź. Uśmiechnęła się z radością, po czym powoli zebrała do swoich obowiązków. Przypomniała sobie, że jeden z mieszkańców miał sprzedawać dzisiaj kalmary, których jeszcze nigdy nie próbowała. Nie mogła teraz przestać o nich myśleć, idąc po drewniany kosz.

Po niebie krążyły większe niż zazwyczaj chmury. Nie wiadomo kiedy zbiły się w podniebne białe kłęby i krążyły w swej potężnej masie po nieboskłonie. Świat jedynie momentami znów stawał się złoty, gdy promienie słońca przebijały się między obłokami. Ledwo jednak się ono pojawiało, rozświetlając okolicę i nadając cieniom kształty, tak prędko znikało, a dzień znowu robił się szary.
Nastał trzeci dzień obonu. Ostatni. Pierwsze dwa minęły na rozkosznej zabawie i radości. Na grobach bliskich złożono ofiary z brzoskwiń i mochi, rozświetlono cmentarze barwnymi lampionami, których światłem wytyczono również ścieżki ku miasteczku. Na placu ciągle trwał festyn – grała muzyka najróżniejszych instrumentów, odbywały się tańce, ludzie jedli, bawili się i spędzali czas najlepiej, jak potrafili. Trzeci również miał zacząć się w ten sposób. Lecz wieczorem, gdy słońce zacznie gasnąć na horyzoncie, ludzie zmuszeni już będą pożegnać się z bliskimi.
Jak każdego dnia, tak i tego Kiyori wzięła ze sobą do miasteczka maskę. Odkąd ujrzała pragnące przekroczyć granicę yōkai pierwszego wieczora, nie mogła się powstrzymać przed wchodzeniem do lasu, by znów na nie popatrzeć. Słyszała wiele historii o różnych rodzajach duchów, nigdy jednak nie podejrzewała, iż yōkai rzeczywiście jest tak dużo.
Najmniejsze, jakie widziała, miały postacie dziwnych owadów o powykręcanych odnóżach i mieściły się na opuszce jej palca. Dziewczynce udało się je dostrzec dopiero wtedy, gdy jeden z nich przysiadł na liściu krzewu tuż przed nią. Delikatna czerwonawa poświata nie rzuciłaby jej się nawet w oczy, gdyby nie fakt, iż stworzenie nią otoczone samo znalazło się przed jej twarzą. Największy zaś był stwór wielkości konia, który w pewien sposób przypominał jelenia. Miał jednak dzianie okrągły pysk, potężny jak u dzika kark i wielkie na długość ramienia dorosłego mężczyzny rogi w kształcie łopat, z których zwisały pieczęcie. Kroczył powoli na ogromnych rozdwojonych kopytach, otoczony srebrnoszafirową aurą. Kiyori na jego widok niemalże krzyknęła, tak nagle i bezszelestnie się przed nią pojawił. Stwór jednak nie obdarzył jej choćby krótkim spojrzeniem, a jedynie przeszedł niewzruszenie obok.
Dziewczynkę ciekawiło, dokąd one wszystkie szły. Czy widziały siebie nawzajem? Czy widziały ją? Czy każde z nich próbowało swojego sposobu na przekroczenie granicy? Jeśli tak, czym ich świat różnił się od jej świata, że tak bardzo pragnęły go ujrzeć?
Czy yōkai w ogóle widziały ludzi? Czarnooka zatrzymała się na moment w drodze do miasteczka. Ludzie przecież nie widzieli stworzeń ze świata kami póki nie byli to sami bogowie pragnący się pokazać lub demony. Ale skąd byłyby historie o duchach i ludziach, jeżeli oba byty nie mogły ujrzeć siebie nawzajem?
Kiyori nie mogła wyprzeć z głowy pytania, czego tak naprawdę yōkai chcą. Jeżeli była to ich zwykła ciekawość, a widziały ludzi bez problemu na co dzień, musiały doznawać zawodu. Więc dlaczego było ich tak wiele? Coś musiało się za tym kryć, nie wątpiła w swój wniosek. Jak się jednak mogła tego dowiedzieć?
Jak na życzenie ujrzała zbliżającego się Psiego Boga. Białe włosy powiewały delikatnie, co jakiś czas zasłaniając lico kamiego. Dziewczynka tak jak wiele razy przedtem nie mogła pozbyć się wrażenia, które wywierał nań Yori. Był niesamowicie piękny.
— Witaj, Kiyo-san. Wybierasz się na ostatni dzień obonu, czyż nie? – zapytał miło. Kiyori, uśmiechnąwszy się, pokłoniła się ku niemu.
— Dzień dobry. Tak właśnie. – Poprawiła odruchowo ubranie. – Yori-san, zjawiłeś się dokładnie w momencie, gdy chciałam o coś zapytać.
Mężczyzna uniósł z zaciekawieniem brwi, podchodząc do niej.
— Jakież to pytanie?
— Czy yōkai widzą ludzi? Albo nasz świat tak samo jak i my?
Szli teraz razem w dół, do miasteczka. Psi Bóg bez trudu kroczył na tengu geta, zupełnie jakby buty nie zahaczały w żaden sposób o jego długie jasne kimono. Wyszyte nań złote smoki igrały na pojedynczych chmurach, krwistymi oczyma patrząc złowrogo przed siebie. Granatowy pas obi we wzór pszczelich komór wyjątkowo pasował do czerwonego hitoe.
— Niektóre yōkai widzą ludzi, ale świat ludzi wygląda inaczej w ich oczach niż w twoich, Kiyo-san. Musisz zdać sobie sprawę, że te dwa wymiary przenikają się na wskroś, o czym już ci mówiłem. W miejscu, w którym jesteśmy teraz, znajduje się ścieżka. Lecz w tym samym miejscu w świecie nieskończonym stoi potężne drzewo sakaki, a jego gałęzie sięgają wysoko ponad wszystko, co w życiu widziałaś. Będąc w świecie kami, kroczyłabyś teraz przy jego korzeniach, które rozciągają się bardzo szeroko, niemal tak szeroko jak plac haiden.
— Widzisz je teraz, Yori-san?
— Tak. Jako kami strzegący chramu w świecie ludzi, widzę dokładnie oba światy naraz. Mogę przenikać między nimi, mogę bardziej być w świecie ludzi, mogę bardziej być w świecie kami. W tej chwili idę wprost przez drzewo, o którym ci mówiłem. Jednymi z nielicznych elementów, które łączą oba światy, są bramy torii. Stoją one w tych samych miejscach, dając możliwość wkroczenia głębiej  w inny wymiar.
Dziewczynka rozejrzała się dookoła. Pod jej stopami ciągnęła się szeroka wydeptana ścieżka, zaś wokół niej rosły wysokie sosny. Jak było to możliwe, by w tym samym miejscu stało potężne drzewo, pnące się jeszcze wyżej niż rudobrązowe kolumny?
— Więc yōkai widzące mój świat też potrafią być w obu naraz? – zapytała.
— Nie. Byt niebędący bogiem może ujrzeć drugi świat tylko wtedy, jeśli przekroczy granicę – odparł mężczyzna, po czym od razu ubiegł jej kolejne pytanie. – Te yōkai, które widzisz, nie potrafią ujrzeć ciebie jako człowieka właśnie dzięki masce. Nie przekroczyły one do końca granicy, lecz są już bardziej po stronie wymiaru ludzi niż kami. Tsukomugami osłania twoje pochodzenie przed wszelkimi oczyma, więc jakiekolwiek stworzenie znajdowałoby się pomiędzy oboma wymiarami, nie mogłoby cię ono ujrzeć. 
Inugami spojrzał na pogrążoną w myślach o tym, co właśnie usłyszała, Kiyori i uśmiechnął się. Dziewczynka przyuważyła to niemal od razu.
— O co chodzi, Yori-san?
— Zadajesz coraz częściej wnikliwe pytania. Stajesz się coraz starsza i coraz wyższa. Coraz więcej mądrości w siebie wchłaniasz. – Czerwonooki odwrócił wzrok ku niebu, a pomiędzy gałęziami po jego białej jak śnieg twarzy przepełznął promień słońca.. – Dorastasz, Kiyo-san. Niedługo będziesz najprawdziwszą miko.
Dziewczynka zaniemówiła na chwilę, po czym zwiesiła głowę, by ukryć czerwone policzki.
— Wszystko to robię, by służyć ci jak najlepiej, Yori-san. Jesteś moim ukochanym bogiem i przyjacielem. Tylko dla ciebie się tak staram – powiedziała cicho. Odparło jej wypuszczone ze śmiechem powietrze. Po chwili Inugami położył jej na głowie dłoń.
— Schlebia mi to, droga Kiyo-san. Ale pamiętaj, by zawsze żyć przede wszystkim dla siebie. Ludzie w natłoku obowiązków lub uczuć zapominają o sobie, o szczerości wobec samych siebie. Pragnę dla ciebie, byś robiła to, co chcesz, ze szczęściem.
— Ale tak jest, Yori-san. W chramie jestem naprawdę szczęśliwa. A z tobą najszczęśliwsza.
Czarnooka uniosła głowę ku mężczyźnie przypatrującemu się jej z czułością i miłością, które pierwszy raz widziała w jego spojrzeniu tak wyraźnie. Po jej brzuchu rozniosło się przyjemne ciepło na myśl o tym, iż kami kocha ją tak jak ona jego.
— Oby więc tak pozostało, bo przy tobie również wyjątkowo dobrze mi istnieć. Od dawna nie mogłem liczyć na towarzystwo człowieka tak długo. To wyjątkowo miłe – powiedział.
Wtem dziewczynka zdała sobie sprawę, iż znaleźli się już u stóp góry, na której stał chram. Psi Bóg zatrzymał się tam, gdzie zaczynała biec droga do miasteczka. Kiyori chwyciła go za rękaw.
— Yori-san, wiem, że pytałam wczoraj, ale przyjdziesz obejrzeć ze mną tōrō nagashi? Ze wzgórza za domem kowala widać dobrze rzekę, a nikt tam nigdy nie przychodzi. Lubię stamtąd obserwować płynące chōchin.
— Postaram się, lecz nie obiecuję. Dziś kończy się obon, więc muszę być czujny. Jeśli nic złego nie pojawi się w okolicy, z chęcią do ciebie dołączę. – Białowłosy pogłaskał ją po policzku. – A teraz idź już się bawić. Słońce stoi wysoko na niebie. Korzystaj z czasu, póki go masz.
Dziewczynka pokiwała głową i objęła Inugamiego, opierając głowę o jego pierś. Nawet nie zauważyła, kiedy tak urosła.
— Oby do zobaczenia wieczorem, Yori-san. Dobrego dnia – życzyła mu z uśmiechem.
— Tobie również.
Po chwili pojawił się przed nią ogromny Akita, który skoczył w las. Sprężyste ruchy psa prędko poniosły go w dal. Kiyori zaś poszła w swoją stronę, by jak najlepiej celebrować ostatni dzień święta zmarłych.

Wieczór nastał prędko. Ludzie ledwo się obejrzeli, a zmrok zapadł bezszelestnie na ich oczach. Skryte za horyzontem słońce dawało światu swe złote i ogniste znaki, iż czas już się z nim pożegnać, nikt jednak nie zwrócił nań uwagi w ferworze zabaw i radości. Znikło więc samotnie na ich oczach, nieodprowadzone niczyim wzrokiem.
Wreszcie cykady umilkły. Mieszkańcy tylko na to czekali. Jak jeden mąż wszyscy ruszyli w stronę rzeki, której dopływ przepływał przez samo Ikirunegau Jinja. Rodziny niosły po kilka czworobocznych lampionów ustawionych na drewnianych deseczkach, by niesione falami płomienie nie wpadły do wody. Każdy chōchin przeznaczony był specjalnie dla jednego z bliskich zmarłych, którzy wraz z nurtem rzeki odpłynąć mieli do swojego świata. Co się jednak działo z zapomnianymi zmarłymi? Czy w ogóle przybyli na obon? Jak mieli zatem powrócić? Nad tym nikt się nie zastanawiał.
Kręta ścieżka ku rzece oznaczona została niewielkimi pochodniami wbitymi nisko w ziemię. Prowadziła bezpośrednio do brzegu, przy którym ludzie zapalali płomienie w lampionach. W tle słychać było melodię wygrywaną przez świerszcze łączącą się w zgrabną muzykę z metalicznym szelestem – wybrana grupa osób rytmicznie potrząsała i uderzała w mieniące się srebrem dzwonki.
Ludzie ostrożnie puszczali na wodę kolejne chōchin. W różnych miejscach przy brzegu stali mężczyźni z długimi tyczkami, pilnujący, by żaden lampion nie przewrócił się ani nie osiadł na mieliźnie. Barwne i wzorzyste yukaty uczestników mieniły się zupełnie nowymi kolorami w przytłumionym świetle żółtych płomyków.
Powoli coraz więcej płynących lampionów rozbłyskiwało statecznie prącą przed siebie rzekę. Kiyori widziała, jak ich liczba rośnie i rośnie, wręcz przepełnia czarny nurt. Dziewczynka siedziała sama na niewysokim wzniesieniu, które kończyło się skarpą nad rosnącym poniżej fragmentem lasu. Stąd miała doskonały widok na odbywający się tōrō nagashi. Zebrani przy rytuale ludzie śpiewali wzniosłą pieśń o światłach spływających po duszy w dół, ku śmierci. Bardzo stare słowa pełne bardzo starych fraz, jakie gdzie indziej zapewne dawno odeszłyby w zapomnienie. Tutaj jednak trwały one z roku na rok tak samo żywe, tak samo głośne. Tak samo znaczące.
Czarnooka wyciągnęła zza pasa wetkniętą tam maskę i założyła ją na twarz. Jej wzrok skupił się mocno na płynących lampionach, które po dłuższej chwili wpatrywania się weń wręcz raziły Kiyori w oczy. Wkrótce jednak dostrzegła to, czego oczekiwała.
Zmieszana z blaskiem płomieni, delikatna, złudna niemalże poświata. Chōchin rozświetlone były również innym rodzajem jasności, których barwy różniły się między sobą na każdym z lampionów. Dziewczynka wiedziała, czym było to, co ujrzała. Płomienie zamazywały ich kształty skutecznie, lecz aury siedzących wśród lamp duchów zdradzały ich położenie oczom błogosławionego dziecka.
Uśmiechnęła się do siebie, w milczeniu obserwując, jak dusze zmarłych bliskich odpływają w dal. Tak zakończył się obon.

piątek, 23 września 2016

Rozdział 13

Niebo szumiało falującymi gwałtownie chmurami. Masy obłoków rozluźniły swe dłonie trzymające zwartą treść podniebnych wędrowców, których dusze zatrzymały się wysoko poza zasięgiem czyichkolwiek rąk bądź piór. Bałwany tego morza firmamentu kipiały złością niebiańskiego sztormu, jakiego spektakl trwał na oczach wszystkich żyjących podeń istot. Wiatr smagał niewidzialnymi biczami białe postacie, te zaś milcząco wyrażały swój sprzeciw wznoszącymi się ku słońcu falami. Im wyżej jednak się wznosiły, tym prędzej wrzały i znikały pod wpływem dotyku gorących palców złotych promieni.
Szarżujący wrogo na niebie wiatr schodził na ziemię delikatnie, całą swą złość zostawiwszy pośród chmur. Tutaj muskał przyjemnie lica i ciała, wznosił czarująco włosy, szeleścił urokliwie liśćmi. Dzień z takim kompanem był dniem pełnym przyjemności i rześkości pod płaszczem ostatnich gorących dni.
Kami powietrza wyraźnie sprzyjali świętującym dziś ludziom. Wszakże dla tej pary ów dzień był jednym z najważniejszych w ich życiu. To dziś właśnie w Ikirunegau Jinja odbędą się ich zaślubiny.
Kiyori niezwykle podekscytowała się na wieść o ślubie w chramie. Kiedy Nate-san powiedziała jej, że przed obonem będzie miało miejsce jeszcze jedno ważne wydarzenie, dziewczynka nie mogła powstrzymać się przed niecierpliwymi i trochę zbyt ciekawskimi pytaniami. Kto bierze ślub? Z kim? Z jakich są rodzin? Ile osób przybędzie do chramu? Jak to będzie wyglądało? Jak ubierze się shinshoku? Jak przystrojony będzie chram? Czy będzie mogła to wszystko zobaczyć z bliska?
Jeszcze nigdy dziewczynka nie uczestniczyła w czyimś ślubie. W ciągu pięciu lat nikt w chramie Psiego Boga nie przystąpił do owej ceremonii, dlatego też czarnooka nie mogła się doczekać. Jak niemal każdą młodą dziewczynkę niezwykle interesowały ją takie rzeczy. Kobieta ubrana w piękne śnieżnobiałe shiromuku, ostatnie odzienie z długimi rękawami w jej życiu, a na jej głowie skrywające zuchwałość i wyrażające pokorę wobec miłości do męża tsunokakushi. Mężczyzna zaś odziany w uroczyste czarne montsuki i oficjalne haori z jego rodowym herbem. Jakże pięknie muszą razem wyglądać!
Sandō zostało dokładnie oczyszczone z wszelkiego rodzaju brudu, od niesfornych gałązek, po każdy niepasujący do białego żwiru kamień. Na haidenie postawiony został uroczysty czerwony słup ze zwisającymi trzema długimi shide. Przed hondenem już czekały dwa ceremonialne miejsca dla młodej pary, a pomiędzy nimi niewielki stolik, na którym postawione zostanie w odpowiednim momencie ślubne sake, które para wypije podczas san-san-kudo.
Słońce bardzo powoli, wręcz zbyt leniwie zbliżało się do południa. Kiyori oburzała się nań, lecz nijak nie mogła przyspieszyć jego wędrówki po niebie. Mogła jedynie czekać na werandzie, jedząc ostrożnie arbuza. Jeszcze nie przebrała się w odświętne ubrania i nie spięła włosów, bała się bowiem, że przez nieuwagę pobrudzi się różowym sokiem, zaś przyjemny wiatr rozburzy trzymane delikatnymi spinkami kosmyki.
Ciągle też zastanawiała się, czy Inugami przyjdzie na ślub. Miała co do tego niemalże pewność, lecz nie widziała Psiego Boga wczorajszego dnia, zaś jeszcze poprzedniego jakimś cudem zapomniała o to spytać. Chciała wiedzieć, w co ubierze się Yori, jak się będzie zachowywał. I czy podczas ślubu ukaże się nowożeńcom.
— Kiyori-chan, kończ już jedzenie. Czas się przebrać. Za parę godzin przybędzie orszak ślubny – rzekła jej stara miko, położywszy na podłodze odświętne ubranie dla dziewczynki.
— Dobrze, Sensei – odparła ta, by w dwóch kęsach dokończyć jedzony kawałek.
Czarnooka dobrze wiedziała, że jej zadaniem będzie jedynie stać z boku, patrzeć i modlić się za szczęście młodej pary. Choć mogłaby czuć się bezużyteczna i niepotrzebna na takim ślubie, tak naprawdę cieszyła się, że będzie jej dane obserwować to wszystko na spokojnie. Dzięki temu mogła przyjrzeć się całemu ceremoniałowi, każdemu elementowi, zwłaszcza tym niewidocznym dla normalnych ludzi, by wyryć go sobie w pamięci. Była pewna, że widok jej nie zawiedzie.
Obmywszy dłonie z lepkiego soku, zaczęła się przebierać. Właściwie odświętne ubranie niewiele różniło się od tego noszonego przez nią na co dzień. Jedynie materiał był milszy w dotyku, a kolory żywsze i czystsze. No i mogła spleść włosy odrobinę inaczej z różnokolorowymi noshi.
Przypomniało jej się, jak była mała i bardzo pragnęła mieć własny grzebień. Kazue taki dostała, zaś Kayo wkrótce jeden obiecano. Tylko Kiyori potraktowano, jakby była za młoda na podobną ozdobę.
Uśmiechnęła się pod nosem, rozplątując najpierw palcami swoje włosy. Kiedyś może rzeczywiście były zbyt rzadkie i cienkie, zbyt dziecięce na utrzymanie grzebienia, lecz dziś były mocne, grube i gęste. O kruczoczarnym odcieniu, który nawet pod światło nie błyszczał ciemnym brązem. Takie same jak jej matki.
Szczotka ze sztywnym włosiem jakiegoś zwierzęcia doskonale rozczesywała skołtunione nieco kosmyki. Przed ubraniem się dziewczynka nie spinała żadnej fryzury, lecz wolała uczesać się dokładnie dwa razy, żeby jej włosy lśniły pięknie tego dnia przed ludźmi zebranymi na ślubie.
Jakiś czas później była już w pełni gotowa. Czerwone, białe i błękitne noshi splatały się w jej starannie upiętym koku, a z przodu fryzury nie wystawał nawet jeden niesforny włosek. Poszła zapytać Nate-san, czy jest jeszcze coś do przygotowania, po drodze rozglądając się za cieniem Yoriego.
Ze śmiechem stwierdziła, że nie mogła się doczekać tego ślubu chyba bardziej od przyszłych nowożeńców.

Spokojny głos fue wznosił  się i łagodnie opadał, płynąc spokojnie niczym szumiący wśród liści leśny oddech. Leniwy dźwięk rozświetlany był co jakiś czas uderzeniami w dwa niemalże bliźniacze bębny tsuzumi, których odgłosy różniły się tak, jak kobieta różni się od mężczyzny. Razem ich wspólne tony tworzyły żywe i piękne tło.
Ów akompaniament towarzyszył powoli i z dostojnością idącemu orszakowi kilkunastu ludzi. Kolumnadę prowadził ubrany w czarne hō shinshoku. Na głowę założył najbardziej uroczystą, wysoką ebōshi. Za nim dwóch mężczyzn ubranych w identyczne uniformy niosło na proporcach zwisające gęsto shide. Z tyłu kolumny podążali odświętnie ubrani mieszkańcy wioski z powagą na twarzach. Przed nimi zaś kroczyła z gracją i spokojem para pięknych, młodych ludzi.
Mężczyzna w czarniejszym niż sama noc montsuki na ramiona miał założone równie czarne haori z wyszytymi herbami mon jego rodu. Szedł tuż obok dużo niższej odeń kobiety, której niemal całą twarz poza ustami zakrywało wysokie tsunokakushi. Pomalowane na czerwono wargi oraz wystające poza nakrycie głowy czarne włosy kontrastowały z całą jej bielą. Shiromuku, w które została odziana, było wyszyte w piękny wzór lśniącą perłową nicią. Kiyori jeszcze nigdy nie widziała tak pięknego kimona.
Ślubny orszak powoli zbliżał się ku haidenowi. Tam Fukaki-san zaczął śpiewać modłę. Młoda para podeszła do stojącego na środku placu słupa. Ruszyli wokół niego w przeciwnych kierunkach i dostojnym krokiem, niemalże tańczącym, obeszli go raz, drugi i trzeci. Kiedy mężczyzna spojrzał w stronę swojej narzeczonej, rzekł uroczyście na głos:
— Och, jaka to piękna kobieta!
Ta zaś odpowiedziała mu podobnymi słowami.
— Och, jaki to piękny mężczyzna!
Następnie wspólnie podeszli do czekającego nań przed hondenem shinshoku, by usiąść przedeń, skłonić się i dołączyć do jego modlitw do Psiego Boga o szczęście na nowej ścieżce życia. Kapłan śpiewał mocnym głosem monotonną pieśń, która w każdym wzbudzała powagę.
Kiyori dyskretnie rozejrzała się. Chciała zobaczyć, czy Inugami gdzieś jest. Ledwo powstrzymała szeroki uśmiech wkraczający na jej twarz, gdy dostrzegła kamiego przed hondenem, skąd powoli schodził, by zbliżyć się do nowożeńców. Ubrany był w szaro-białe kimono wyszyte wzdłuż całej lewej poły spiralnym wzorem granatowych chmur. Wewnętrzna warstwa pod kimonem o czerwonej barwie zdawała się gryźć z kremowym obi, lecz jakże Psi Bóg mógłby się pojawić w hitoe innego koloru?
Znalazłszy się przed parą, mężczyzna pewien czas jedynie na nich patrzył. Kiyori naraz przypomniała sobie, jak Yori opowiadał jej o zaglądaniu w ludzkie serca. Czy właśnie teraz to robił? Czy oceniał w tej chwili szczerość uczuć tych dwojga?
Wiatr rozwiał jego białe włosy, które zafalowały wysoko. Niewidzialny powiew najwyraźniej chciał przerzucić ich część na prawe ramię Inugamiego, lecz większość z nich gładko spłynęła z powrotem na jego plecy. Dziewczynce znów skojarzyły się z sunącym między palcami delikatnym jedwabiem.
Psi Bóg powoli odwrócił się od pary, by wrócić przed honden. Tam stanął wyprostowany pod shimenawą i zamknął oczy w oczekiwaniu na koniec pieśni kapłana. Ten wkrótce zamilkł i wskazał dłonią, by młodzi ludzie odwrócili się przodem do ustawionego między nimi stolika.
Stały nań przygotowane trzy czerwone czarki o różnej wielkości. Każda z nich miała pomalowaną na czarno obręcz nóżki, na każdej również widniała gałąź wiśni, z której płatki kwiatów już opadły, lecz w zamian wyrastały młode listki, ciesząc oko swą soczystą, żywą zielenią. W tle czarnymi kreskami artysta uwiecznił również niewielki domek, co Kiyori dostrzegła dopiero wtedy, gdy pozwolono jej obejrzeć ceremonialne sakazuki z bliska.
Miko podeszła i nalała specjalnej sake do największej z trzech czarek. Najpierw napił się zeń mężczyzna, potem kobieta. Tak samo postąpiono z pozostałymi sakazuki. Wszystko działo się powoli, z namaszczeniem godnym sytuacji.
Młoda para wreszcie wstała. Shinshoku uśmiechnął się szeroko, obwieszczając, iż oto stoją przed nim świeżo zaślubieni sobie ludzie. Tak właśnie spleciono na zawsze dwa życia w jedno, które będą teraz dzielić z radością i uczuciem.
Kiyori nagle zobaczyła, jak wyraz twarzy mężczyzny nieco się zmienia, zaś uśmiech na twarzy młodej żony przygasa. Prędko zorientowała się, co takiego ujrzeli.
Przed hondenem stał teraz ogromny Akita, wpatrujący się w nich spokojnie. Wyprostowane zwierzę zdawało się jeszcze większe niż zazwyczaj, gdy wzrok jego szkarłatnych oczu wbity był w młodą parę. Przez chwilę nic się nie działo, jakby wszyscy zgromadzeni ludzie na haidenie również znieruchomieli, lecz wtedy potężny pies zadreptał, kłapnął głośno szczęką i w paru susach znikł w lesie. Odprowadzały go spojrzenia wbitych w ziemię ludzi, którym dane było prawdopodobnie ten jedyny raz w życiu ujrzeć samego Psiego Boga.
Czyli nowożeńcy naprawdę się kochają, pomyślała Kiyori, nie mogąc powstrzymać uśmiechu, gdy shinshoku zakończył radośnie ceremonię nakazem weselenia się w ten szczęśliwy dla owych młodych ludzi dzień.

Zachód słońca sprawił, że powietrze zelżało. Pomarańczowe odcienie firmamentu nadawały światu paradoksalnie szarego odcienia. Powoli zmrok zagarniał dla siebie coraz więcej miejsca, poczynając zbierać swe żniwo już w głębi lasu, który stawał się z każdą chwilą coraz mroczniejszy i mroczniejszy.
Cykady płakały wyjątkowo głośno, jak zauważyła Kiyori. Ściąganie wypranych ubrań przy takiej muzyce nie było wielką przyjemnością, o ile tak nudny obowiązek w ogóle mógł dawać komuś przyjemność. Dziewczynka jednak musiała wytrzymać jeszcze chwilę do skończenia, potem zaś mogła ukryć się w ciszy swojego pokoju. Noce stawały się na tyle chłodne, że już prawie nikt nie zostawiał rozsuniętych ścian.
Czarnooka niemalże skończyła już swoje zadanie, gdy coś zwróciło jej uwagę. Nie był to ani żaden konkretny ruch, ani jakiś dźwięk czy nawet zapach. Znienacka poczuła jednak, że  c o ś  kryje się między drzewami.
Złożywszy trzymane w dłoniach ubranie, podeszła do ściany wysokich, prostych sosen o rudych konarach. Dreszcz przeszedł dziewczynkę, gdy postanowiła wejść między drzewa. Chłodny powiew poruszył wiszącymi wysoko nad nią gałęziami. Zdawał się wręcz mówić „Nie zbliżaj się, nie idź dalej”. Ciekawość jednak nie pozwoliła jej się wycofać.
Nie wyszła przez torii, dlatego cały czas była na terenie chramu. Jakaś myśl podpowiadała jej, że powinna pozostać w świecie kami, gdzie mocniej chroniła ją magia Yoriego. Płacz cykad zajmujących gałęzie wiśni na haidenie powoli zamierał, niknąc w oddali.
Jej ciche i ostrożne kroki powiodły ją jakiś czas później daleko od placu. Czarnooka zdawała się nie zauważać, jak długo już szła. Ciągle coś pchało ją do przodu, choć ani Fukaki-san, ani Nate-san nie wiedzieli nawet, że gdzieś poszła.
Nagle usłyszała szmer. Drzewa w pewnym miejscu rozstępowały się, zapewne na polanę, lecz przez rosnące przy nich krzewy i zapadający mrok nie widziała dokładnie. Czuła jednak, że to tam powinna się udać.
Najciszej jak potrafiła, unikając po drodze wszelkich gałązek i szyszek, podeszła do owego rozstąpienia. Z początku nic nie widziała wśród liści, więc zaczęła szukać jakiejś dziury lub choćby małego miejsca, przez które mogłaby podejrzeć to, co dzieje się po drugiej stronie owej żywej ściany.
Nagle znieruchomiała, usłyszawszy czyjeś słowa. Słuch natychmiast wytężył się czujnie.
— Powinieneś być bardziej ostrożny – rzekł czyjś głos podobny do szmeru. – Zwłaszcza w twojej sytuacji.
— Za każdym razem mi o tym przypominasz – odpowiedział mu inny. Kiyori natychmiast zrozumiała, że był to Yori.
— Bo takie jest moje zadanie. Gdybym mógł, po prostu bym w ciebie spoglądał i wracał – znów odezwał się ten obcy głos.
— Wiem. – Dało się słyszeć westchnięcie.
Dziewczynka wytężyła wzrok, lecz spomiędzy gęstej ściany liści nie widziała zupełnie nic w cieniu wieczora. Prędko rozejrzała się, by dostrzec przerzedzenie wśród gałęzi niedaleko od niej. Postąpiła zatem ów jeden krok i wyprostowała się.
Rzeczywiście była to polana. Niewielka, o nieregularnym kształcie. Pełna suchych już traw. W świetle resztek dnia dziewczynka zobaczyła znajdujące się nań dwie postacie naprzeciwko siebie. W tej bliższej jej kryjówki, stojącej do niej tyłem, czarnooka rozpoznała Inugamiego. Druga postać była jej kompletnie obca.
Nieznajomy mężczyzna miał bardzo długie nogi i silne, gibkie ciało. Jego ciemna, opalona skóra kontrastowała z jasnymi włosami o barwie ledwo zaparzonej herbaty. Miał na sobie dziwny strój, zawstydzająco skąpy, bowiem odsłaniał cały jego brzuch, w którego pępku błyszczało coś złotego. Na ów widok młoda miko poczuła wstępujące na policzki rumieńce.
Ze zdziwieniem Kiyori zauważyła, że zza jego nóg wystaje coś długiego. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, iż był to puszysty ogon o barwie takiej samej, co włosy nieznajomego. Poruszał się co jakiś czas na boki niczym małe zwierzę.
Wtem obcy spojrzał prosto na nią i cały się spiął. Złote tęczówki wbiły się prosto w nią, a dziewczynka nie mogła się powstrzymać przed gwałtownym wzięciem powietrza. Również Yori odwrócił się w jej stronę, prędko dostrzegając postać dziewczynki wśród gałęzi.
— Kiyo-san – rzekł ze zdziwieniem.
— Nie zapominaj nigdy, Psi Boże – padło ze strony obcego, który niemalże natychmiast odwrócił się i skoczył przed siebie.
Dziewczynka z otwartymi w zdziwieniu ustami patrzyła, jak wysoki mężczyzna nagle zmienia postać w niewielkiego, zwinnego lisa o bardzo jasnym futrze. Zwierzę w mgnieniu oka zniknęło z zasięgu jej wzroku, nim zdążyła mu się przyjrzeć.
— Kiyo-san, co ty tu robisz?
Słowa Inugamiego zwróciły uwagę czarnookiej. Mężczyzna odwrócił się doń przodem, wyraźnie zaskoczony jej widokiem.
Dziewczynka wyszła ze swej kryjówki, by ostrożnie wkroczyć na polanę. Rozejrzała się wokół, lecz poza nimi już nikt się nań nie znajdował. Dopiero wtedy skupiła się na Psim Bogu.
— Yori-san, kto to był? Jakiś inny kami? – nie mogąc się powstrzymać, zapytała bez odpowiadania na poprzednie słowa białowłosego. Pierwszy raz widziała kogoś poza Yorim, kto zmieniałby swoją postać w zwierzę tak szybko.
— Nie, jedynie pomocnik pewnego kamiego. Ale ty mi powiedz, czemu o tej porze odeszłaś tak daleko od chramu? Przecież mogłaś się zgubić. – W głosie mężczyzny pobrzmiewała jedynie troska, lecz jego słowa dotknęły Kiyori, jakby była weń nagana.
— Nie wiem czemu. Po prostu poczułam, że powinnam wejść między drzewa. Jakby coś się miało stać. Przepraszam, Yori-san. Przerwałam wam w rozmowie. – Skłoniła ze skruchą głowę.
Kami westchnął ciężko, po czym podszedł do dziewczynki i ją pogłaskał.
— Nic się nie stało. Ale teraz lepiej odprowadzę cię do chramu. Odnoszę wrażenie, że nie zdajesz sobie sprawy, jak daleko zaszłaś – rzekł łagodnie, kierując się znów w stronę drzew. – Przecież słońce już zupełnie zaszło.
Kiyori dopiero teraz zdała sobie sprawę, że rzeczywiście dzień musiał skończyć się już pewną chwilę temu. Nie wiedziała, jak długo szła prowadzona jedynie poczuciem, że musi iść w głąb lasu. Lecz im dłużej spacerowała z Yorim z powrotem, tym bardziej ogarniało ją zdumienie, iż nie zgubiła się, a trafiła na Psiego Boga. Czy to na pewno tylko intuicja pchała ją do przodu?
— Yori-san, nie jesteś na mnie zły? – zapytała w pewnym momencie, gdy szli wydeptanym przez zwierzęta traktem.
— O co miałbym się złościć? – Czerwone oczy mężczyzny spoczęły nań. W mroku zdawały się wręcz czarne.
— Przerwałam wam w rozmowie, a na dodatek chwilę wcześniej jeszcze podsłuchiwałam, co mówiliście – przyznała się ze smutkiem.
— I co takiego usłyszałaś?
Dziewczynka zacisnęła usta w wąską linię, patrząc na swoje buty.
— Coś o patrzeniu w ciebie i o tym, że musisz uważać.
— W takim razie niewiele podsłuchałaś. Tę ilość mogę ci jeszcze wybaczyć, Kiyo-san – zażartował mężczyzna. Uniosła na niego wzrok.
— Na pewno nie jesteś na mnie zły?
— Na pewno. Jedynie zainteresowany, co za szept kazał ci znaleźć mnie w środku lasu o tak późnej porze – mruknął z ciepłym uśmiechem na ustach.
— Tego też nie wiem, ale to było… magiczne. Bo ja nie wiedziałam, że trafię na ciebie, Yori-san. I tego drugiego… yōkai. Po prostu czułam, że muszę iść. – Nagle mina zrzedła dziewczynce, gdy zdała sobie sprawę z opuszczonego obowiązku. – O nie, Yori-san, musimy się pospieszyć! Nie zebrałam prania do końca! Nate-sensei będzie na mnie zła.
Psi Bóg położył na jej głowie dłoń.
— Spokojnie, na pewno nie pogniewa się tak bardzo. Myślę, że będzie wiedziała, z kim byłaś.
Kiyori przełknęła głośno ślinę. Oby rzeczywiście stara miko się na nią nie zezłościła. Owszem, dziewczynka szła teraz z Inugamim i to nie było kłamstwem, lecz czasem martwiła się, iż brzmiała, jakby używała swojego błogosławieństwa jako wymówki z lenistwa.
— Yori-san, a czyim pomocnikiem był tamten kistune? – zapytała z nieśmiałą ciekawością.
— Inariego. Lisy, zwłaszcza białe lisy, są jego posłańcami, a także pilnują pewnych spraw, którym Inari powinien się przyglądać. Są jego oczami, kiedy sam nie może dopilnować nadmiaru obowiązków – odrzekł mężczyzna.
— A jaki obowiązek wobec ciebie ma Inari-sama?
Inugami uśmiechnął się dziwnie, posyłając jej niezrozumiałe spojrzenie.
— Jesteś tak inteligentna, że czasami naprawdę martwię się, iż nie ważę słów wystarczająco uważnie w twoim towarzystwie – odparł. Znowu Kiyori dotknął fakt, że białowłosy nie udzielił jej odpowiedzi, a jedynie zwinnie jej uniknął.
Więc musi chodzić o jego przeszłość, pomyślała z lekką niechęcią. Musiała jednak uszanować wolę kamiego. Nie zmusi go przecież do bolesnych wynurzeń, a być może pewnego dnia sam jej powie…
Powoli spomiędzy sosen wyłaniało się więcej światła. Czarnooka dostrzegła trzy pary świecących już swoimi płomieniami ishidoro. Dopiero teraz zauważyła, że Yori prowadził ją w stronę bramy torii.
— Yori-san, nie wychodziłam przez torii, gdy do ciebie poszłam – rzekła. Nie mogła przecież dwa razy wkroczyć do świata kami, to groziło zgubieniem się w jego wielu wymiarach. Inugami opowiadał jej nieraz historie podobnie nieuważnych ludzi i dziewczynka na pewno nie chciała znaleźć się w ich położeniu.
Mężczyzna uniósł z zaskoczeniem brwi, zatrzymując się na moment.
— Może dlatego udało ci się spotkać mnie i lisa – stwierdził z zainteresowaniem wypisanym na pięknej bladej twarzy. – W takim razie omiń bramę i wracaj już do Nate-san. Słyszę, jak cię woła.
Dziewczynka patrzyła nań jeszcze chwilę, po czym kiwnęła głową, by przytulić kamiego na pożegnanie.
— W takim razie dobrej nocy, Yori-san. Do zobaczenia jutro? – zapytała.
— Tak, do zobaczenia jutro. Z chęcią pooglądam, jak ćwiczysz bon odori. W końcu za trzy dni zaczyna się obon. – Białowłosy z uśmiechem ścisnął ją lekko, po czym odprowadził wzrokiem, gdy omijała torii i szła w stronę rozświetlonego lampionami sandō.

Nadszedł ów dzień. Całe miasteczko obwieszone zostało lampionami. Sznurki przeciągnięto przez każdy róg dachu, każdy szyld, każde wejście, każdą lampę na ulicach. Zbiegały się one nad dachem specjalnie przygotowanej sceny, gdzie tworzyły swoisty baldachim, który już po zmroku miał rozświetlić plac złotym blaskiem płomieni.
Kiyori zawsze zastanawiała się, na czym pali się ogień w lampionach, że wytrzymują tak długo. Owszem, nierzadkim widokiem były puste miejsca między światłami, jakby wyrwy wśród płomieni, ludzie jednak prędko wymieniali je na nowe lampiony, które podczas obonu jeszcze długo oświetlały drogi.
Wiele z lampionów zostało opisanych ochronnymi frazami, a także prośbami o błogosławieństwo. Na niektórych czasem widniały nawet powitalne słowa dla zmarłych przodków, którzy wracali podczas owych trzech dni i trzech nocy obonu.
Plac obsadzony został również kramami. Do miasteczka bowiem ściągali ludzie z pobliskich wsi, gdzie obon również świętowano, lecz nie było tam festynów. Dlatego też gospody czerpały zdecydowane korzyści z kilku dni świętowania.
Kiyori siedziała już pod wysoką sceną. Przebrana w pełni, w dłoniach trzymając jedynie maskę, czekała na koniec ceremoniałów związanych ze świętem zmarłych w chramie. Nate-san została, aby pomagać Fukakiemu-san, przed hondenem odbywał się bowiem rytuał oczyszczenia ludzi oraz wznoszone były modły do kamiego i wszystkich przodków. Dziewczynka wiedziała, że właśnie teraz shinshoku uroczyście siedzi przed najświętszym budynkiem w chramie, śpiewając monotonną pieśń do Inugamiego, za nim zaś modli się cała zebrana na placu ludność. Tam też byli w tej chwili rodzice i siostry czarnookiej. Już od dawna ich nie widziała, więc nie mogła się doczekać ponownego spotkania tutaj.
Słońce powoli zachodziło. Dzień trwać miał jeszcze pewien czas, lecz shinshoku powiedział jej kiedyś, że wnoszące horyzont góry i wzgórza tej okolicy skracają dni. Kiyori stwierdziła wówczas, iż chciałaby choć raz ujrzeć morze, gdzie słońce zachodziło najpóźniej ze wszystkich miejsc na świecie.
Miasteczko w tej chwili było niemalże puste. Dziewczynka żałowała nieco, że Yori również znajduje się w chramie. Miała jednak nadzieję, że Psi Bóg pierwszy zejdzie do miasteczka i porozmawia z nią choć przez chwilę, nim ludzie wrócą na plac, by obejrzeć jej rytualny taniec.
Rozejrzała się z westchnieniem. Zwisające z każdego lampionu czerwone wstążki powiewały wraz z delikatnym wiatrem, który ledwo je unosił, nie mogąc jednak bardziej poruszyć samych lampionów. Miasteczko zostało wypełnione mnóstwem kolorów, a ich różnorodność jeszcze miała się zwiększyć, gdy ludzie w zejdą tu w swoich barwnych yukatach z pięknie plecionymi wachlarzami zatkniętymi za obi.
Czarnooka pamiętała jeszcze swoją ostatnią yukatę. Zieloną w ciemniejsze o ton pasy, wyszytą w jasne kwiatuszki jaśminu. Miała do niej różowy obi i mały wachlarzyk z frunącym żurawiem. Bardzo dziewczęcy i uroczy strój. Odkąd jednak trafiła do chramu, jedynymi strojami, które miała na sobie, było odzienie dla miko oraz przebrania na okazje takie jak teraz. W głębi siebie dziewczynka marzyła ciągle o ubraniu jeszcze raz barwnego kimona lub yukaty z jakimś uroczym misternym wzorkiem.
Jej myśli zeszły na inny tor i tak minęło jej sporo czasu, aż przybyli na obon ludzie poczęli zbierać się na głównym placu miasteczka. Dziewczynka zacisnęła na moment usta, pewna już, że Inugami teraz doń nie przyjdzie.
Trudno, westchnęła w myślach, czekając, aż wszyscy zbiorą się wokół jej sceny i aż kapłani zejdą z chramu tutaj.
Wzrok Kiyori padł na maskę. Czarny, nieco chaotycznie nakreślony wzór przecinał twarz na skos i nie przypominał kształtem niczego, co młoda miko mogłaby zeń skojarzyć. Świadomość, iż trzyma w dłoniach tsukomugamiego mimo zapewnień, jakie dał jej Yori, nadal napawała ją sprzecznymi uczuciami. Z jednej strony niepokoiła się trzymaniem na twarzy yōkai, po którym tak naprawdę nie wiedziała, czego można się spodziewać. Z drugiej zaś ktoś, kto zaklął tę istotę, musiał mieć powód, by to uczynić i zostawić ją w chramie. Na dodatek sam Inugami rzekł jej, iż ta pieczęć jest znacznie silniejsza od mocy tsukomugamiego.
Niepewnie przejechała palcami po masce. Nie chciała jej zakładać, lecz jak inaczej mogła wykonać bon odori? Poza tym białowłosy obiecał jej, iż zobaczy przez nią coś wyjątkowego, spojrzawszy w głąb lasu. A ciekawość dziewczynki z biegiem lat coraz bardziej przerastała jej niepokoje i nieśmiałość.
Bambusowe drewno zrobiło się cieplejsze od jej dłoni. Przez chwilę Kiyori chciała wmówić sobie, iż to yōkai zaczął budzić się i bronić przed nią, by uciec gdzieś w dal. Drobna ekscytacja narosła w dziewczynce, lecz z nagła przerwało ją przybycie starej miko.
— Kiyori, przygotuj się. Niedługo zaczniesz taniec – rzekła doń kobieta, położywszy rękę na ramieniu czarnookiej.
— Dobrze, Sensei. Będę mogła potem zostać na festynie? Chciałam jeszcze przywitać się z rodzicami i pooglądać miasteczko. – Dziewczynka uniosła na nią oczka.
Nate-san pokiwała głową z uśmiechem.
— Oczywiście, że tak. Po to jest obon, by się bawić. Tylko wróć przed północą do chramu, bo będę się martwić.
— Nate-sensei, ale do północy nie zdążę wszystkiego zobaczyć – zaprotestowała z zawodem. – A drogę do chramu znam, przecież nie się zgubię.
— Kiyori, nie powinnaś marudzić, gdy masz trzy dni do świętowania. Nie każ mi się martwić przez noc, drogie dziecko.
Czarnooka spuściła wzrok i pokiwała głową. Trochę zaczynało ją irytować to, że miko i shinshoku ciągle traktują ją jak ośmiolatkę, która po prostu potrafi więcej niż prawdziwa ośmioletnia Kiyori. Mimo to nijak nie mogła swojego niezadowolenia okazać. Musiała być przecież posłuszna kapłanom, jeżeli kiedyś chciała przejąć pozycję Nate-san.
Starsza kobieta odeszła po chwili, a Kiyori założyła z wahaniem maskę. Co z tego, że ostatnie kilka lat nosiła ją bez szwanku? Teraz miała świadomość, czym tak naprawdę ten przedmiot był. Nic jednak nie zmieniło się w tym, jak widziała świat zza wąskich szparek w miejscach oczu, więc już nieco uspokojona zajęła swoje miejsce na scenie. Widok zebranego wokół niej tłumu wywołał w dziewczynce inny rodzaj niepokoju, który skutecznie przerósł w tej chwili wszelkie obawy co do noszenia na twarzy tsukomugamiego.
Ludzie na placu powoli zaczęli milknąć. Wkrótce wszystkie oczy skierowane były prosto na Kiyori, która stała lekko zgarbiona, z twarzą skierowaną ku dołowi. A kiedy już zapanowała kompletna cisza, rozniosło się pierwsze uderzenie w bliźniacze bębenki tsuzumi. Wraz z nimi swym wysokim, przenikającym dusze głosem odezwał się fue.
Dziewczynka zaczęła tańczyć. Wyuczone pozycje doskonale zgrane były z muzyką. Powoli uniosła się ze spokojnym dźwiękiem fletu, by nagle wykonać na pięcie obrót i przykucnąć, gdy muzyka niespodziewanie się zatrzymała. Trzykrotnie powtórzyła owe kroki, nim zaczął się czas na resztę bon odori.
Jej umysł skupił się jedynie na wykonywanej czynności. Doskonałość i perfekcja, jak najwięcej gracji mimo wyraźnej miejscami gwałtowności. To nie był typowy japoński taniec, gdzie wykonuje się drobne kroczki i obraca dłońmi, przypominając dostojnego ducha, który wszedł między ludzi. Kiyori zawsze kojarzył się on z czuwaniem, ostrożnym i bardzo ważnym. Kto i jak dawno temu wymyślił ów taniec, zastanawiała się kiedyś. Zwykły człowiek nie mógłby chyba stworzyć czegoś podobnego.
Gdy zbliżał się koniec pokazu, dźwięk fletu wzniósł się do góry i unosił, jak gdyby tańczył między frunącymi ptakami. Tak też zamilkł drżąco, kiedy dziewczynka skuliła się w miejscu, otaczając ramionami kolana. Ostatnie uderzenie w tsuzumi zakończyło pokaz.
Na środku placu nagle zjawił się shinshoku, by zaprosić ludzi do zabawy. Obon właśnie się zaczął, więc nadszedł czas radości z powrotu swych bliskich.
Kiyori ostrożnie zeszła ze sceny i zdjęła maskę. Stojąca obok miko uśmiechnęła się doń i pogłaskała ją po głowie.
— Doskonale, dziecko. Przebierz się i biegnij do zabawy – rzekła.
Nagle podszedł do nich jakiś obcy mężczyzna w jaskrawo błękitnej yukacie. Dziewczynka rzadko kiedy widziała równie mocne kolory, dlatego jej wzrok zatrzymał się na dłużej na owym pięknym materiale. Ten człowiek musiał nań wydać wiele pieniędzy.
— Co za osobliwa tradycja, Sensei. Widywałem już wiele obonów w różnych miasteczkach, lecz pierwszy raz spotkałem się z tym, by ludzie nie tańczyli bon odori wspólnie – zwrócił się głośno do Nate-san.
Miał wibrujący, przyjemny dla ucha głos i bystre oczy, które złapały spojrzenie Kiyori. Prędko zawstydziła się i spuściła głowę na swoje stopy, żałując, że zdjęła maskę.
— Osobliwa, ale jakże piękna. Dawno temu również mnie ona zdziwiła, bo w moim rodzinnym mieście bon odori tańczyli wszyscy. Tutaj owa osobliwość jest za to charakterystyczna i łatwo zapada w pamięć – odparła mu kobieta. – A kim pan jest? Nie wydaje mi się, bym gdzieś już pana widziała.
— Tak, na pewno nie mieliśmy przyjemności się poznać, Sensei. Mówią na mnie Nobuyuki. Jestem minstrelem podróżującym po północy naszego zacnego kraju. – Mężczyzna ukłonił się głęboko przed nimi. Nate-san prędko odpowiedziała na ten gest.
— Ja jestem Nate, miko w Ikirunegau Jinja stojącym nad tym miasteczkiem, a to moja młoda pomocnica, Nakatomi. – Kobieta przedstawiła ją rodzinnym nazwiskiem, którego dawno nikt wobec czarnookiej nie używał. W miasteczku właściwie wszyscy zwracali się do Kiyori imieniem, zaś z obcymi nie rozmawiała, nie mając z nimi właściwie żadnego kontaktu w chramie.
Zacisnęła usta, kiedy oczy minstrela znów nań spoczęły. Uśmiechnął się z otuchą, lekko skłaniając specjalnie do niej głowę. Kiyori również się przywitała.
— To był piękny taniec, Nakatomi-chan. Aż żałuję, że nie mogłem potowarzyszyć ci z moim instrumentem – powiedział.
Przez chwilę czarnooka bardzo chciała zapytać, na czym ów Nobuyuki gra, lecz jedynie się spłoniła ze wstydu i spuściła wzrok.
— Dziękuję bardzo, ale Kiyori jedynie wykonywała swoje zadanie jako miko – wydusiła z siebie na jednym wydechu, nieświadomie używając najbardziej grzecznościowej formy. Mężczyzna zaśmiał się pod nosem, po czym znów zwrócił twarz ku Nate-san. Czarnooka prędko wykorzystała ów moment, by uciec jak najdalej od obcego.
Dopiero znajdując się na granicy placu, zdała sobie sprawę, że nie przebrała się ze stroju do tańca. Nie miała jednak najmniejszego zamiaru wrócić pod scenę, gdzie najpewniej Nobuyuki nadal gawędził ze starą miko. Nie spodziewała się po sobie, że po kilku latach wciąż będzie mieć problem z rozmawianiem z obcymi ludźmi.
Czuła, jak powoli rumieńce schodzą jej z twarzy, ta ulga jednak nie trwała długo. Dopiero teraz dostrzegła bowiem, że niektórzy ludzie spoglądają ze zdziwieniem w jej stronę, nie wiedząc najwyraźniej, czy pozdrowić młodą miko z daleka, czy może podejść i zapytać, jak się czuje.
Kiyori nałożyła bez zastanowienia maskę na twarz. Przynajmniej nikt nie będzie patrzył na znów czerwone policzki dziewczynki. Choć przez wąskie szparki na oczy zdawało jej się, że ludzi wokół niej jest więcej, postanowiła zostawić maskę na twarzy.
Przypomniała sobie od razu o słowach Inugamiego. Lampiony zostały już rozświetlone, więc nie panowała nigdzie ciemność, lecz wieczór nastawał coraz wyraźniej na niebie, którego ciemna barwa pogłębiała się z każdą chwilą.
Jak daleko w las będę musiała wejść?, zastanowiła się, gdy jej drobne kroki przeniosły ją na granicę z mrocznym o tej porze gąszczem. Wysokie sosny nie wpuszczały zbyt wiele światła między cienie swych postaci, zaś wąskie otwory, jakimi dziewczynka patrzyła, nie pomagały ani trochę w dokładnym trzymaniu się jednej drogi i rozglądaniu wokół.
Ostrożnie weszła między drzewa, starając się kroczyć wyłącznie przed siebie. Zrobiło jej się gorąco pod maską, a głośniejszy oddech odbijał się nienaturalnym dźwiękiem od tsukomugamiego. Kiedy muzyka z miasteczka ucichła wyraźnie, dziewczynkę obleciał strach, lecz jednocześnie ogromna ekscytacja. Właśnie trwał obon, a ona, błogosławione dziecko pod opieką potężnego Psiego Boga, szła coraz głębiej w las z zaklętym yōkai na twarzy. Co ujrzy? Kiedy? W jakiej ilości? Nie zauważyła nawet, że na twarz wkroczył jej szeroki uśmiech.
Jakiś czas później niemalże nie słyszała już odgłosów z festynu. Ciemność jednak nie wydawała się ani trochę ciekawsza niż zazwyczaj, co powoli zradzało w Kiyori zawód. Czyżby jednak nie miała ujrzeć tego, o czym mówił jej Yori? Nie chcąc zapędzać się zbyt daleko w środku nocy, ściągnęła maskę z twarzy i rozejrzała się.
Drzewa przypominały wysokie do nieba kolumny, które podtrzymywały szeleszczący dach lasu. W otworach tego sklepienia dziewczynka zobaczyła wznoszący się coraz wyżej srebrny księżyc. Jego blask nie dawał rady rozświetlić mroku, jaki panował tu na dole, lecz dodał Kiyori otuchy. Gdy się odwróciła, w oddali ujrzała nikłe światła miasteczka pogrążonego w radości obonu. Nie mogła się zgubić, ale czy wystarczająco głęboko się zapuściła, by ujrzeć obiecaną przez kamiego niespodziankę?
Westchnęła ciężko, mimo wszystko postanawiając przejść się jeszcze trochę w dal. Przetarłszy z potu twarz, nałożyła znów maskę i wznowiła powolny spacer w towarzystwie księżyca. Mimo wszystko nadzieja na ujrzenie czegoś wyjątkowego gasła…
Gdy nagle jej wzrok przyciągnęło coś po prawej stronie, w jakimś krzaku. Kiyori skierowała całą twarz w tamtą stronę, by dowiedzieć się, czy nie było to przypadkiem jakieś zwierzę, kiedy z zaskoczeniem zdała sobie sprawę, że coś w owym krzaku… zaczęło się rozświetlać?
Dziewczynka wstrzymała oddech na widok ciemnego cienia otoczonego nikłym, srebrno-błękitnym blaskiem. Brzegi cienia prędko zaczęły się wyostrzać, a jego postać jawiła się coraz wyraźniej. Już po chwili czarnooka potrafiła weń rozpoznać niewielkie stworzenie przypominające wiewiórkę. Na grzbiecie miało coś białego, co wyglądało jak pieczęć z czarnym znakiem.
Czy to jest duch, który próbuje przekroczyć granicę?
Jej zdziwienie jednak znacznie się zwiększyło, gdy spojrzała wokół siebie, by dostrzec w mroku nocy o wiele więcej takich stworzonek. Od niewiele większych niż jej dłoń, po sięgające kolana dziewczynki yōkai powolutku szły w różnych kierunkach. Ich delikatnie błyszczące aury rozświetlały ciemność najróżniejszymi bladymi kolorami: różem, czerwienią, zielenią, błękitem, złotem, fioletem i tyloma innymi, których nie potrafiła nazwać. Każdy sunął we własnym kierunku i każdy miał na sobie w różnych postaciach pieczęć. Jelenie, zające, jaskółki, żaby i mnóstwo nieprzypominających ani trochę jakiegokolwiek znanego Kiyori zwierzęcia.
Żadne nie spojrzało w jej kierunku.
Dziewczynka uśmiechnęła się, szeroko otwartymi oczyma obserwując pokaz pełznących, frunących i idących yōkai. Była tak samo w szoku, co w zachwycie. Nie spodziewała się, iż to, co chciał jej pokazać Inugami, będzie tak ulotnie i delikatnie piękne.
Jakże wielką przyjemność sprawił jej tą niespodzianką.

piątek, 16 września 2016

Rozdział 12

Miesiąc liści szumnie obwieszczał naokoło, że choć lato jest jeszcze w pełni, tak naprawdę zbliża się ku końcowi. Korony drzew nie miały już tej samej jasnozielonej barwy, liście nabrały głębokiego, dojrzałego odcienia. Pisklęta ptaków wyleciały ze swoich gniazd i teraz same poszukiwały swego miejsca na ziemi. Urosły też młode królików i zajęcy, zaś jelenie zaczęły swe rykowiska. W powietrzu czuć było nadchodzącą jesień, którą krok w krok śledziła mroźna zima.
Życie powoli zmieniało tempo. Z gwałtownego, burzącego krew parcia ku istnieniu i czerpania jak najwięcej, tak typowego dla wiosny, zwolniło do statecznych przygotowań. Ludzie poczęli odkładać do chłodnych pomieszczeń zapasy z owoców, warzyw i ryżu oraz konserwowanych solą lub dymem mięs. Były to ledwo początki, lecz każdy już uświadamiał sobie, iż atmosfera w świecie się zmieniła. Nawet płynący lasem srebrnolicy strumień zdawał się zwolnić, by przypomnieć figlującym weń rybom, iż nastał koniec ich zabaw.
Gorące nadal wieczory przepełnione były krzykami lamentujących cykad. Rozpaczały one nad swym życiem, które ledwo rozpoczęły ze skrzydłami na plecach, a już zbliża się ono ku końcowi. Śmierć tysięcy głośnych owadów stanowiła dla szopów, lisów i ptaków monumentalną wręcz ucztę, wieńczącą coroczny cykl życia. Czyhały zatem w cieniach drzew i w swych norach, by rzucić się na spadające z gałęzi martwe cykady, które do końca płakać będą swą żałosną pieśń.
Miesiąc hazuki nie oznaczał jednak, że beztroska zniknęła z ziemi. Był on jedynie preludium do tego, co stanie się za kilkanaście tygodni. Wiele jeszcze godzin miało upłynąć, nim świat pogrąży się pod białym całunem, nie dając przetrwać nikomu, kto nie przygotował się dobrze na mroźną porę śmierci. Teraz jeszcze wiele stworzeń wciąż czerpało przyjemność z ostatnich promieni letniego słońca.
Ikirunegau Jinja trwało w spokoju. Przyjemność płynąca z braku wszelakich zakłóceń późnoletniego lenistwa była niemalże usypiająca. Chmury przemierzały niebo w swym towarzystwie bardzo powoli. Słońce wolnymi kroczkami zbliżało się do zachodu, gdzie miało zgasnąć na kilka godzin aż do kolejnego świtu. Sosny wolne były od wszelkiego powiewu, który potrząsałby ich iglastymi koronami. Jedynie na rosnącej z boku haidenu wiśni krzątało się parę wołających resztę pobratymców cykad. Płakały głośno, zupełnie jakby świat zostawił je w kompletnej samotności. Dlaczego nie doceniały swego towarzystwa – zagadki tej nie rozwiąże nikt prócz natury.
Leniwą ciszę popołudnia przerwały trzy dźwięki. Trzy szarpnięcia strun wywołujące trzy żałosne tony, tak podobne do smutnego łkania niezadowolonych owadów. Ubiegły one kolejne trzy drżenia, tym razem mocniejsze i zakończone spiralą dźwięku. Świat z ciekawością skierował swe oczy ku źródłu owych odgłosów, milknąc, by móc wsłuchać się jeszcze lepiej.
Oto nastoletnia dziewczynka siedziała w pomieszczeniu przy rozsuniętej fusumie. Jej skupiony, ale wypełniony swobodną przyjemnością wzrok spoczywał na płaskim instrumencie leżącym u jej nóg. Koto z ciemnego drewna odpowiadało na rozkazy jej palców, jak gdyby była królową wszystkiego, nie zaś podlotkiem ze skromnie upiętymi noshi włosami.
Dziewczynka dwiema dłońmi przejeżdżała teraz po strunach, wzburzając wyimaginowaną dźwiękami falę na wyimaginowanym morzu. Wyimaginowany sztorm rósł w siłę wraz z wyimaginowanym wiatrem, który jedynie zachęcał wyimaginowane bałwany do uderzeń w wyimaginowaną łódź. Co jakiś czas dźwięki opadały, łagodniały, by znów spotężnieć niespodziewanie. Spirale i łuki, nagłe zakręty i wbijające w grunt zatrzymania. To wszystko udawało się dłoniom dziewczynki, której jedyną widownią i słuchaczem była pusta weranda.
A jednak gdy zakończyła swą opowieść plecioną dźwiękami, uniosła głowę i zawiesiła spojrzenie niezwykle ciemnych oczu na pustce przed sobą. Jej pełną twarz rozświetlił zadowolony z siebie, ale i nieśmiały uśmiech. Czekała na czyjąś opinię.
Wiatr wreszcie odważył się poruszyć, szumiąc cicho wśród sosnowych igieł i liści wiśni. Wniósł ku górze słowa zdające się wybrzmiewać, lecz także i milczeć. Czy one w ogóle padły, zapytałby przypadkowy przechodzień.
— Jak zwykle czarująco, droga Kiyo-san. Słuchanie twej gry to istna przyjemność.
— Dziękuję, Yori-san. Bardzo spodobała mi się ta pieśń, kiedy już przypomniałeś sobie jej dźwięki. Nate-sensei nigdy wcześniej jej nie słyszała.
W sunącym powoli słońcu zdawała się zabłysnąć para czerwonych jak krew oczu.
— Tym bardziej podziwiam twój talent. Naprawdę szybko opanowałaś jej brzmienie.
Znów lico dziewczynki rozjaśnił tylko uśmiech.
Czarnooka zdjęła nakładki z palców, by odłożyć je do szkatułki. Następnie wyszła na werandę i usiadła, opierając się o ścianę. Nie dbała o maniery w tej chwili, nie miała zatem zamiaru siadać tak, jak młodemu dziewczęciu wypadało. Podciągnęła jedną nogę ku sobie, by pod kolanem założyć dłonie, głowę zaś swobodnie oparła o ścianę domku. Druga stopa niemalże zwisała z wąskiej z tej strony werandy.
— Bardzo lubię grać na koto, Yori-san. Nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę, że te pięć lat temu właśnie je wybrałam – rzekła z przymkniętymi oczyma. Dało się słyszeć czyjeś westchnięcie.
— To bardzo dobrze. Jeżeli człowiek ma coś robić, powinien robić to z sercem i przyjemnością. Choć życie czasem zmusza niektórych do robienia rzeczy sprzecznych z ich zasadami.
Dziewczynka wyprostowała głowę, by spojrzeć na swojego rozmówcę. Białowłosy mężczyzna, podparty łokciem o swoje kolano, patrzył na nią w typowy dla siebie sposób, jak zdążyła to ocenić przez lata.
Jakby Psi Bóg nadal nie wierzył, że może rozmawiać z człowiekiem, pomyślała.
— To dlaczego na świecie istnieje skalanie? Czemu istnieje zło, jeżeli niektórzy zmuszeni są do niego wbrew sobie? – zapytała bez skrępowania.
— Być może stworzyli je bogowie, być może stworzyli je ludzie, być może sam świat doprowadził do jego istnienia. Zło jest złem, lecz może stać się ścieżką ku dostrzeżenia drogi dobra. Przecież nikt za was nie wybiera, którędy w życiu podążycie, Kiyo-san. Na złego człowieka uważaj, lecz nie skazuj go od razu na bycie złym od poczęcia aż po grób.
Usłyszana odpowiedź wprawiła ją w moment refleksji. Jeżeli istniało zło, musiało też istnieć dobro. Ale czy zły człowiek rzeczywiście mógł być lub stać się dobrym?
— Yori-san, co ze skalaniem? Czy skalany człowiek może się pozbyć swojego piętna? Każdego piętna? – podkreśliła wyraźnie ostatnie słowa.
Mężczyzna milczał przez chwilę, nim znów coś powiedział.
— Skalanie ma różne stopnie. Może być to ledwo zmaza, drobny bród, który da się zetrzeć ilością dobroci, jaka nastąpi po skalaniu. W ostatecznym rozrachunku bowiem nikt nie będzie zupełnie czystym istnieniem. Ale istnieją formy skalania sprawiające, że cały duch to gęsta czarna smoła pełna jadu, zła, strachu i nienawiści. Ilość wyrządzonych krzywd zarówno temu istnieniu, jak i przezeń przyćmiewa zupełnie pokłady dobra w owej duszy. Nie znika ono jednak zupełnie. I jeżeli taka jest wola i chęć stworzenia, dobro znów może przerosnąć ilość skalania. Choć czasem do tego potrzebna jest pomoc. Wiele pomocy.
Ostatnie słowa Inugami wymruczał cicho pod nosem. Dziewczynce zaś zdawało się, że nie uzyskała odeń pełnej odpowiedzi na swoje pytanie. Czy jednak mogła zapytać o śmierć nieśmiertelnego kamiego, który nigdy jej nie doświadczy? Poza tym samo mówienie o śmierci brudziło jej myśli. A jako przyszła miko musiała pozostać jak najmniej skalana w swym sercu.
Skierowała spojrzenie ku niebu. Barwiło się już ono na zachodzie pomarańczowym kolorem, przypominając dojrzałą brzoskwinię. Brzegi chmur w swym leniwym tempie podrygiwały wraz z wiatrem przestworzy, a ich ciała z każdą chwilą przybierały coraz to różniejszych ciepłych odcieni słońca. Świat zdawał się zatrzymać w miejscu, jak to zawsze działo się pod koniec lata. Zwłaszcza tutaj, w chramie, gdzie monotonne dni mijały jak za mrugnięciem oka.
Kiyori miała już trzynaście lat. Powoli uświadamiała sobie, że niemalże połowę życia spędziła w tym miejscu, ucząc się coraz więcej rzeczy potrzebnych do stania się miko odpowiednią dla Psiego Boga. Była jednak z tego powodu szczęśliwa, choć czasami z tyłu jej głowy cichy szept mówił jej o tęsknocie do normalnego życia z rodzicami, siostrami i w przyszłości własną rodziną. Ignorowała go, skupiając się na rodzinie, którą przecież zdobyła tutaj. Na Nate-san, Fukakim-san. I samym Yorim.
Wiele się zmieniło, odkąd była małym dzieckiem. Jej relacja z kamim pogłębiała się z każdym dniem i teraz traktowała go bardziej jak bliskiego przyjaciela niż wszechmocnego boga. Kochała chwile spędzane z nim, możliwość uczenia się o świecie z jego ust. Rzadko kiedy mówił jej coś konkretnego, a zupełnie nigdy nie wspominał o swoim poprzednim życiu, nie ważne jak wiele razy o to pytała. Filozoficzne aspekty ich pogawędek i przesiedzianych razem popołudni dawały zaś dziewczynce o wiele więcej niż zwyczajna nauka, pozostawiając miejsce również dla jej własnych przemyśleń i wniosków. Rzecz jasna, nie kwapiła się, by pozostawiać je tylko sobie.
Yori jednak nie tylko był dla niej mądrym przyjacielem. Czasami zdawał się niespodziewanie potrzebować czyjejś bliskości. Choć nigdy nie powiedział o tym na głos, lubił wtedy przybierać psi aspekt i biegać wraz z nią po chramie lub dawać się głaskać jak każde inne oswojone zwierzę. Ciężko było wówczas traktować go wyłącznie jako czcigodnego Inugamiego. Bo któryż czcigodny kami goniłby się z nastoletnią dziewczynką między ishidoro?
Przysunęła się ku niemu teraz, by oprzeć głowę o jego ramię. Z biegiem lat dostrzegła również to, iż białowłosy nie przypominał posturą silnego mężczyzny. W miasteczku wielu z nich pewnie dałoby radę człowieka takiego jak Yori złamać w pół jednym ciosem. Nie oznaczało to jednak, że kami przypominał kobietę. Pomimo całej swej gracji i niejednokrotnie delikatności w ruchach oraz sposobie mówienia pozostawał mężczyzną, co wyczuć się dało bez problemu. Często Kiyori dochodziła do wniosku, że w kwestii podobieństwa do którejś z płci Inugami jest po prostu… gdzieś pośrodku.
Zamknęła oczy, pozwalając sobie na chwilę zupełnie odpłynąć w dal. Zapach czerwonookiego kojarzył jej się teraz tylko i wyłącznie z przyjemnością i bezpieczeństwem. Bezeń świat straciłby na wartości i wszystkich swych barwach. Stał się dla dziewczynki nierozerwalną częścią jej dni, choć bywały przecież sytuacje, gdy Yori znikał na długi czas.
Mężczyzna zaczął nucić coś po cichu. Spokojną, prostą melodię, która podobna była nastrojem kołysankom. Odkąd poprosiła białowłosego dawno temu, by nauczył ją znanych sobie pieśni, co jakiś czas przypominał sobie kolejne utwory zasłyszane podczas swej długowiecznej przeszłości. Sporą część z nich Kiyori znała już na pamięć i potrafiła bez problemu zagrać. Tej jednak jeszcze nigdy nie słyszała.
Przyjemny, wolny od wszelkich udziwnień rytm sprawnie ją usypiał, choć chciała dosłuchać do końca. Z trudem stłumiła w sobie ziewnięcie, postanawiając, że następnym razem zapyta Yoriego o tę pieśń. Bardzo prędko poczuła, że świat wokół niej zapada się w mroku snu, choć długo jeszcze słyszała nuconą przez kamiego melodię, rozświetlaną w sennej wyobraźni łkaniami cykad.

Nastanie miesiąca liści zawsze cieszyło Kiyori, wtedy bowiem obon zbliżał się wielkimi krokami. Lubiła to święto od zawsze. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak każdy inny festyn, pełen zebranych na miasteczkowym placu kramów z zabawami, maskami i jedzeniem. Lecz całe obrządki związane ze świętem przodków, począwszy od tańca na specjalnie przygotowanej scenie, przez złożenie ofiar zmarłym bliskim, po ciągłą ostrożność, by nie wejść zbyt głęboko w las nadawało obonowi niesamowitego wyrazu.
Właśnie ćwiczyła bon odori, który już od czterech lat wykonywała sama w specjalnym przebraniu. Kiedy pierwszy raz poprosiła Nate-san o nauczenie jej tańca do owego pokazu, nie zdążyła perfekcyjnie opanować wszystkich ruchów. Sprawiło to małej dziewczynce nie lada przykrość, lecz potem przynajmniej kilka dni w każdym kolejnym miesiącu poświęcała wraz z miko na doskonalenie tańca. Dzięki temu rok później zastąpiła starą kapłankę w jej dotychczasowym obowiązku.
Taniec do obonu przy każdym chramie i buddyjskiej świątyni był inny, tak powiedział jej shinshoku. Przy Ikirunegau Jinja bon odori przypominał przez większość czasu czuwanie. Wiele pozycji wykonywanych było na ugiętych kolanach, co niewprawionym mięśniom małej niegdyś Kiyori robiło ogromną trudność. Nie potrafiła utrzymać równowagi, drżała, chwiała się albo wręcz przewracała podczas nagłych obrotów.
Gdy widziała go w wykonaniu miko podczas poprzednich obonów oraz gdy kapłanka demonstrowała jej taniec w czasie ćwiczeń, czarnooka nie mogła się wyzbyć wrażenia, że przypomina on czujnie przemykającego psa. Momentami postać, w którą wcielała się tańcząca osoba, unosiła do góry głowę, lecz nie z lękiem, jak robiłby to lis. W ciszy instrumentów nasłuchiwała, by skierować swe kroki ku zasłyszanym odgłosom.
Cały bon odori miał w sobie niezwykłą dostojność. Kiedy widziała wykonującą go Nate-san, czuła wręcz magiczne przesłanie ukryte w tych ruchach. Czy ona też tak wyglądała w czasie tańczenia? Czy jej ruchy też kojarzyły się ludziom z psem – a nawet Inugamim – szukającym zagrożeń, przed którymi miał chronić ukochane życie? Czy potrafiła odwzorować grację starej miko choć w części?
Przy akompaniamencie tsuzumi oraz fue wejście w rytm stanowiło dla dziewczynki mniejszy trud. Lecz teraz, gdy ćwiczyła zupełnie sama i bez muzyki, wiedziała, że musi w głowie liczyć każdy krok i jego długość. Rytm zawsze  m u s i a ł  pozostać niezaburzony, ten sam. Inaczej przodkowie mogliby poczuć się urażeni, a wówczas nie wiadomo, jaką klątwą miasteczko zostałoby obłożone.
Presja związana z oczyma przodków oraz oczyma mieszkańców skierowanymi podczas tańca tylko na nią sprawiała, że Kiyori jedynie starała się bardziej. Owszem, zdenerwowanie nie opuszczało jej w żaden magiczny sposób, lecz było ono potrzebne, by naprawdę poczuła rangę wykonywanego zadania.
Na scenie dziewczynka miała na sobie tylko dziwaczny strój wyszywany zieloną, złotą i czerwoną nicią w niezrozumiałe, lecz regularne wzory. Wąskie rękawy, lecz szerokie ramiona oraz dziwnie skrojone hakama nie przeszkadzały jej jednak w tańcu. Na twarzy zaś musiała mieć białą maskę ze skośnie wyciętymi, podłużnymi otworami, przez które patrzyła. Niewiele potrafiła dostrzec, ale wystarczało jej to.
Miko powiedziała, że ów strój pochodzi sprzed wielu, wielu lat, tak bowiem ludzie ubierali się wieki temu. Lecz nikt nie potrafił jej rzec, co oznaczał czarny znak na białej powierzchni maski. Dopiero niedawno po zapytaniu Psiego Boga dostała odpowiedź. Nie przerywając tańca, przypomniała sobie tamtą rozmowę.

Siedzieli jak zwykle pod wiśnią, odpoczywając po pełnym obowiązków dniu. 
— „Ujrzałem kwiat w odmętach herbaty. Nierozwaga to czy cel zamierzony?” – wyrecytowała dziewczynka. Spojrzała teatralnie ku górze. – „Gdzież kończy się ziemia, a zaczyna niebo! Gdzież kończy się świat, a zaczynają przestworza! Gdzieś kończy się dzień, a zaczyna noc! Gdzież kończy się człowiek, a zaczyna demon!”
— „Słowa twe zwątpieniem trącą. Weź, mój mężu, kostur i pójdź w dal do chramu. Tam twą duszę kami uspokoją” – odrzekł jej białowłosy, wcielając się w rolę złej żony naiwnego, lecz mądrego mężczyzny.
— „Czyż rację ma ta, pod łóżkiem której węże gniazda stroją? Po dziś dzień znów wypiłbym z nią z czerwonych sakazuki, lecz zboczyła gdzieś ma luba. Odejdę stąd do chramu, by mych bogów błagać o jej oczyszczenie.”
— Pamiętasz, co bogowie powiedzieli Naiwnemu Mężowi, Kiyo-san? – zapytał Inugami.
Dla zabawy dziewczynka zaczęła kiedyś wcielać się w rolę owego męża ze starej legendy, którą Yori jej niegdyś opowiedział. Z jakiegoś powodu uwielbiała jej słuchać, choć nie kończyła się ona dobrze dla żadnego z bohaterów. Kami zaś postanowił towarzyszyć jej w tej zabawie i tak rozmawiali nieraz, prowadząc za każdym razem nieco inny dialog, zmierzający jednak w tym samym kierunku.
— Oczywiście, że tak – oburzyła się dla żartów. – „O świcie zetrzyj te trzy nasiona między krzemieniem a stalą i wsyp je do miso swej żony. Gdy minie kolejny księżyc, posadź czwarte nasienie przed grobem swych rodziców. Wtedy małżonka twa znów czysta będzie.” Ale mężczyzna nie wiedział, że zamiast jego rodziców w tym grobie pochowano spalone szczątki jego ciotki i wuja. Dlatego gdy żona zaczęła płakać czarnymi łzami, nie wylała swego zła, a spadła na nich jedynie klątwa. I skóra zaczęła odchodzić od ich kości z każdą nocą. Naiwny Mąż przyznał kobiecie, co kazali mu uczynić bogowie, a ona dopiero wtedy wyznała mu, że przed śmiercią w płomieniach jego wuj zaszlachtował jego ojca i zabrał rodzinny sygnet, po którym rzekomo rozpoznano ciało.
— Mam wrażenie, że lepiej znasz tę historię ode mnie – zaśmiał się Inugami. Dziewczynka spojrzała nań z uśmiechem.
— Na pewno tak nie jest, Yori-san. Twoja pamięć sięga tak daleko i nadal jest taka czysta. Ciągle potrafisz zaśpiewać historie sprzed trzystu lat, chociaż słyszałeś je jedynie kilka dni. Moja nigdy taka dobra nie będzie. – Przez twarz czarnookiej przemknęło głębokie zamyślenie. Zatknęła za ucho niesforny kosmyk włosów. – Ktoś powinien napisać pieśń o tobie, Yori-san. Jestem pewna, że ludzie tutaj słuchaliby jej z zachwytem.
Mężczyzna rzucił jej pobłażliwe spojrzenie.
— Ta pieśń byłaby pełna zła i smutku. Nikt nie chciałby jej słuchać – odparł cicho.
— Przecież tyle jest smutnych historii, których ludzie słuchają z zapartym tchem! Sama opowieść o Naiwnym Mężu w ogóle nie jest radosna ani wesoła, a i tak ją uwielbiam. Tej o tobie słuchałabym jeszcze chętniej – spróbowała naciskać. Kami nie odpowiedział jej. Przez kolejny moment milczeli, a potem dziewczynka znów dała się porwać swojej ciekawości. – Dlaczego nie chcesz powiedzieć, jaka była twoja historia, Yori-san? Nie jestem już małym dzieckiem, a bardzo chciałabym wiedzieć, co się stało, że odrodziłeś się jako kami – powiedziała nieśmiało.
Krótką chwilę patrzyła, jak lico jej Psiego Boga pokrywa żal, lecz nie wytrzymawszy, odwróciła wzrok. Tak bardzo nie chciała sprawiać mu przykrości, zaś z drugiej strony nurtowała ją ta kwestia już tyle lat. Czemu serce na widok tego smutku za każdym razem ściskało się jej za bardzo, by poprosić kamiego więcej niż jeden raz?
— Kiyo-san, och, droga Kiyo-san. Walka z samym sobą to droga przez mękę, droga, która się nie kończy. Jakże mógłbym opowiedzieć nieskończoną historię? – odparł wymijająco.
Czyli opowiedzieć ją można by dopiero wtedy, gdy umrzesz, pomyślała gorzko. To przecież oznacza „nigdy”.
Westchnęła w duchu. Postanowiła zatem wymyślić jakikolwiek inny temat, by ciężka atmosfera rozproszyła się jak najprędzej.
— Yori-san, a wiesz może, co oznacza znak namalowany na masce do tańca na obon? Ani Nate-sensei, ani Fukaki-sensei nie potrafią mi go wyjaśnić. – Dziewczynka uniosła się z miejsca i wyciągnęła ku kamiemu dłonie. – Chodź, pokażę ci ją.
— Dobrze. – Twarz mężczyzny znów się rozpogodziła, kiedy chwycił jej ręce. Kiyori wiedziała jednak, że to przez jej poprzednie pytania czerwone oczy Psiego Boga wciąż zasnute były smutkiem.
Doszedłszy na werandę przy innym domku, dziewczynka szybko weszła do swojego pokoju i znalazła rzeczoną maskę. Wylądowała ona w rękach kamiego, który skupił się na dziwnym wzorze.
— To bardzo stary znak, którego nadal czasem używam do zaklinania pieczęci. Ta maska to tsukomugami mający skrywać ludzką naturę przed duchami i yōkai.
— Tsukomugami?!
Dziewczynkę zdjął strach. Czyli od niewiadomo ilu lat ludzie tańczący podczas obonu, w tym niegdyś małe dzieci, miały na twarzach tsukomugami? Czy ono nie było niebezpieczne?
— Nie bój się tak, Kiyo-san. Znak to silna pieczęć, której to stworzenie nie ma sił złamać. Pozostało mu jedynie wiernie służyć ludziom – uspokoił ją mężczyzna, kładąc dłoń na jej głowie. – Mogę ci obiecać, że nigdy nie stanie ci się krzywda z tą maską na twarzy. Zwłaszcza w trakcie obonu – podkreślił.
— Co masz na myśli? – Czarnooka zrozumiała, że Yori mówił o czymś jeszcze poza tańcem, uśmiechnął się bowiem tajemniczo.
— Obon to jedyny dzień w roku, gdy granica między światem yōkai a światem ludzi jest tak cienka, że istoty z obu tych wymiarów mogą ją przekroczyć. Lecz choć tej nocy prościej jest tego dokonać niż zazwyczaj, takie przejście nadal nie jest byle jaką sprawą. Yōkai musi skryć swoją magiczną aurę, człowiek zaś swoje człowieczeństwo. Tańczyłaś już w trakcie obonu, ale na pewno nie spojrzałaś przez maskę w głąb lasu – rzekł mężczyzna. Kiyori potwierdziła jedynie kiwnięciem głowy. – Następnym razem nałóż tę maskę i wejdź między drzewa gdzieś z dala od chramu. Byle ostrożnie, żebyś nie zgubiła drogi z powrotem do swojego świata.
— Co wtedy zobaczę, Yori-san? – Dziewczynka nie potrafiła ukryć podekscytowania, które kami skomentował rozbawionym uśmiechem.
— Przekonaj się sama. Tylko niech nie przerazi cię ich ilość. Pamiętaj, że sprawuję nad tym terenem pieczę, więc nie masz się czego bać – mruknął zagadkowo. Przymrużone oczy otoczone zostały kilkoma drobnymi zmarszczkami, które nadały twarzy białowłosego uroku. 

Ruchy i pozycje nie były bardzo męczące, lecz perfekcyjne ich wykonanie wymagało pewnego wysiłku od dziewczynki. Kiyori zakończyła swój taniec i wciągnęła głęboko powietrze.
Od czasu tej rozmowy jeszcze bardziej nie mogła doczekać się obonu. Co kami miał na myśli? Co ujrzy przez magiczną maskę? Czarnooka nie wiedziała, choć po głowie krążyły jej różne domysły. Naszła ją jednak kolejna myśl, równie ekscytująca, co te dotyczące słów Yoriego.
Ile jeszcze magicznych przedmiotów znajduje się w chramie na wyciągnięcie jej ręki?
Spojrzała przed siebie. Nad lasem wirował powoli jakiś duży ptak. Sokół, orzeł czy jastrząb – tego dziewczynka nie potrafiła określić. Pojawił się dwa lata temu nad chramem i od tamtej pory wciąż pilnował swego gniazda i terytorium. Czasem słychać było jego dumny okrzyk, lecz o wiele częściej udawało się go zobaczyć podczas leniwego patrolu. Wszakże kto ośmieliłby się naruszać i niepokoić jego miejsce?
Kiyori nieraz ta postawa kojarzyła się z Psim Bogiem. Piękny i silny, niezłomny obrońca swego terenu. Kami tak samo pewien był swoich pieczęci, co ów ptak doskonałości wzroku. Inugami był jednak różny od spokojnie przemierzającego przestworza drapieżnika.
Wśród całej swej gracji i dostojności białowłosy wiele miał po prostu z psa. Nie była to obraza, lecz najzwyczajniejszy fakt. Czarnooka nieraz widziała, z jaką radością kami biegał dla samego biegania i ile zadowolenia kryło się w jego oczach, gdy go głaskała czy to w psim, czy w ludzkim aspekcie. Sama lubiła się z nim gonić po chramie lub niedaleko poza nim. W ten najprostszy sposób sprawiało to przyjemność im obojgu.
Ptak kołował milcząco pod ogromnymi chmurami. Zbijały się one coraz gęstsze i większe, choć nic nie zapowiadało deszczu ani burzy. Potężne obłoki dryfowały spokojnie, szczycąc się urokiem zaklętym w puszyste białe kołnierze. Nic nie mogło im przeszkodzić ani utrudnić mozolnej wędrówki po błękitnym sklepieniu.
Życie w górach miało tę zaletę, że spoglądając w dal, niemal zawsze widziało się horyzont. Teraz dziewczynka patrzyła na spowite w zielono-niebieskim świetle wzgórza wznoszące się daleko poza zasięgiem jej kroków. Czy tam też życia wszystkich istot pilnował Yori? Czy one mogły czuć się równie bezpieczne co ona, otoczone jego opieką? Zapewne, przecież teren Inugamiego należał do ogromnych. Wiedziała, że chram Inariego znajduje się trzy dni drogi stąd, zaś buddyjska świątynia pięć dni od Ikirunegau Jinja. Odległe wzgórza, na które teraz patrzyła, mogły spokojnie nadal być terenem Psiego Boga.
Otarła rękawem pot z czoła. Za bardzo się rozgrzała podczas ćwiczeń i teraz czuła, że upał stał się dla niej nie do wytrzymania. Południe już minęło i niedługo będzie musiała pomagać starej miko w kuchni, co napełniło ją odrobiną niechęci. Gotujący się ryż i zupa sprawiały, że w pomieszczeniu stawało się nieznośnie duszno. Nawet rozsunięte wszystkie ściany dawały niewiele ulgi.
Większość amuletów na obon była już gotowa. Tamagushi, maneki neko, kolorowe omamori, ofuda, puste ema i najróżniejsze engimono niemalże na każdą okazję. Wszystkie robiły razem z Nate-san codziennie od wielu już dni. Na obonie chram sprzedawał chyba najwięcej ochronnych przedmiotów. Owszem, początek roku ściągał do Ikirunegau Jinja ludzi nawet z bardzo odległych miejsc, zaś święto Inugamiego było najważniejszym dniem świątyni, lecz obon z jakiegoś powodu na ich tle się wybijał, choć w porównaniu z tamtymi dniami niewiele wspólnego miał z samym chramem.
Teraz pozostawało jej jedynie ćwiczyć bon odori i wyczekiwać święta zmarłych tak, jak się powinno. Trzy dni świętowania i weselenia się wraz z duszami bliskich, którzy odeszli, składanie im ofiar i bawienie się w jak najlepszy sposób, bez myślenia o smutkach i troskach.
Kiyori uśmiechnęła się na myśl o tōrō nagashi, obrzędzie wykonywanym ostatniego dnia obonu. Wszyscy ludzie szli wówczas nad rzekę ze specjalnymi na tę okazję lampionami chōchin. Gdy ich płomienie były już zapalone, puszczało się je do wody, by wraz z prądem dusze zmarłych odpłynęły weń do swojego świata.
Do obonu zostało dziewięć dni. Kiyori zawsze czuła presję z tym świętem związaną. Czy zatańczy bon odori poprawnie? Czy w tym ostatnim tygodniu nie rozchoruje się ona, miko albo shinshoku? Zdawała sobie sprawę, że takie myślenie było nadzwyczaj głupie i nie wnosiło do jej życia niczego ważnego, lecz nie potrafiła powstrzymać myśli przed tą dozą dziecinności. Uwielbiała święta w chramie, więc miała prawo, żeby ze zdenerwowaniem i niecierpliwością ich wyczekiwać.
Zdała sobie sprawę, że kołujący ptak znikł. Odległy i niedostępny, jedynie kształt łuku z naciągniętą strzałą na firmamencie. Drobina, której brak jednak w dziwny sposób zwracał uwagę.
Dziewczynka uśmiechnęła się ku niebu i poszła w swoją stronę. Nate-san na pewno niedługo będzie jej szukać.